Pójdzie siedzieć, bo znalazł mauzera
Bialski poszukiwacz skarbów Arkadiusz W. wykopał w lesie pod Rokitnem unikatową broń z XIX wieku. Jak mówi, chciał przekazać ją do muzeum. Ale wcześniej pokazał kolegom, by podpowiedzieli mu, jak to zrobić. Obiecali, że pomogą. I pomogli. Jeszcze tego samego dnia podkablowali go policji. Arkadiuszowi grozi teraz do ośmiu lat więzienia za posiadanie broni.
23-letni Arkadiusz W. z Białej Podlaskiej od dziecka pasjonował się kolekcjonowaniem militariów. Każdą zaoszczędzoną złotówkę wydawał na aukcjach internetowych. A to na zakup wojskowego radiotelefonu z lat 60., to znów menażki, niezbędnika czy hełmu. Na forach internetowych czytał, w jaki sposób kolekcjonerzy zdobyli większość swoich cacek.
Mając czternaście lat, postanowił spróbować poszukiwań na własną rękę i na Allegro kupił za 50 zł swój pierwszy wykrywacz metalu. – Mimo że sprzedawca zachwalał go z każdej strony, sprzęt właściwie można nazwać zabawką – wspomina Arkadiusz. – W sprzyjających okolicznościach penetrował glebę na głębokość do dziesięciu centymetrów. Ale i tak było wtedy z niego sporo radości.
Froterka zamiast bomby
Kapsle od butelek, pozłotka po czekoladzie, zakrętki, monety – to wszystko, co za pomocą skanera udało się chłopcu znaleźć. Jednak pewnego razu trafił na coś wyjątkowego. – Gdy odgarnąłem rękami piasek, zobaczyłem masywną stalową pokrywę z wystającą wajchą – wspomina Arek. – Na obudowie widniał napis „Victoria Warszawa”. Pomyślałem, że to jakaś mina. Mój młodszy brat Piotrek chciał zobaczyć, do czego ta wajcha służy, ale zabroniłem mu.
– Arek powiedział, żebym niczego nie dotykał, a w szczególności tej dźwigni, bo inaczej pół Białej może wylecieć w powietrze. Zrobił zdjęcia i umieścił je w internecie z pytaniem, czy ktoś wie, co to jest – wspomina 18-letni Piotr W. – Na drugi dzień wpadł do mnie kumpel – śmieje się Arkadiusz. – Powiedział, że to froterka do podłogi i u jego dziadka na strychu leży identyczna. Mieliśmy niezły ubaw z naszego strachu.
Rok później chłopiec pozbył się nic niewartego skanera i kupił zestaw do samodzielnego montażu za 70 zł. Nie był to jeszcze szczyt techniki, ale penetrował ziemię na głębokość już prawie pół metra. – Gdy tylko poskładałem go w całość, wyruszyłem na poszukiwania – wspomina Arkadiusz. – W większości trafiały mi się puszki po konserwach i sztućce. Podobnie jak poprzednim razem trafiłem na coś, co wydało mi się bombą. Po odsłonięciu piasku zobaczyłem ostro zakończony wystający z ziemi stożek. Przez wiele godzin delikatnie odgarniałem piach, aby o nic nie zaczepić. Tym razem bombą okazała się lampa naftowa. A to, co mnie tak wystraszyło, to była jej wierzchnia pokrywa.
Zabytkowa szabla podpierała stodołę
– Gdziekolwiek Arek zobaczył coś związanego z wojskiem, nie mógł przejść obojętnie – dodaje Piotr. – W każdej wolnej chwili czytał książki i śledził fora internetowe o militariach. Pamiętam, że gdy raz byliśmy razem na wsi, zobaczył, że drzwi od stodoły podparte są szablą. Musiała tam stać od dawna, bo była już mocno wygięta i zardzewiała. Poszedł do właściciela i zapytał, czy nie lepszy byłby solidny leszczynowy kij, zamiast tej szabelki. Spytał, czy zgodziłby się mu ją odsprzedać. Właściciel szabli zażądał prócz solidnej leszczyny nie mniej krzepkiego winiarza, i tak doszło do transakcji.
W tym mniej więcej czasie rozwiedli się rodzice chłopców. Ojciec wyprowadził się z domu. Niedługo potem opuściła ich matka, która wyjechała do Anglii. 18-letni wtedy Arek i jego pięć lat młodszy brat zostali sami. Czasami odwiedzał ich ojciec, ale w większości byli zdani na siebie. – Za oszczędzone pieniądze kupiłem wreszcie skaner z prawdziwego zdarzenia – wspomina Arkadiusz. – Nie taki z górnej półki, ale mi już wystarczał. Pojechałem przetestować go u kolegi na wsi. Pozwolił mi pochodzić z wykrywaczem po podwórzu, gdzie wypuszczone były kury. Znalazłem kilka bezwartościowych monet i guzików od mundurów wojskowych.
Poszedł w krzaki, znalazł pocisk
Rok później Arkadiusz W. trafił w końcu na prawdziwą bombę. A dokładnie pocisk moździerzowy. Leżał pod krzakami, przykryty kilkucentymetrową warstwą piachu, mchu i zwiędłych liści. – Wystraszyłem się, bo uświadomiłem sobie, że mogę pójść za to do więzienia – wspomina Arkadiusz. – Kilka tygodni wcześniej mój znajomy trafił na 72 bomby w lesie pod Worońcem. Opisywało to „Słowo Podlasia” w lipcu 2008 roku. Chciał wykazać się obywatelską postawą i zgłosić znalezisko. Wiedział jednak, co mu grozi, gdy powie prawdę, więc pojechał do domu i schował skaner. Wrócił z koszykiem w ręku, udając jagodziarza, i wtedy powiadomił policję. Ale nic mu to nie pomogło. Miał w domu rewizję, podczas której znaleziono zardzewiałe naboje. Stanął przed sądem i dostał wyrok.
Arkadiusz W., nie chcąc podzielić losu kolegi, o znalezisku poinformował przypadkowo spotkanego mieszkańca pobliskiej wsi, a sam wrócił do domu. Po pewnym czasie szczęście, choć teraz trudno to tak nazwać, uśmiechnęło się do niego ponownie. Był grudzień, kilka dni przed ostatnimi świętami. – Wracałem samochodem do Białej – wspomina. – Na wysokości kolonii Rokitno zatrzymałem się za potrzebą. Gdy wszedłem do lasu, zobaczyłem ślady po okopach. Wróciłem po skaner. Nic jednak nie udało mi się znaleźć. Kilka puszek, śmieci. Miałem już wracać, gdy tuż pod powierzchnią trafiłem na coś większego. Odgarnąłem nogą piasek, patrzę, a tam leży pistolet. Na pierwszy rzut oka mauzer, konstrukcja z czasów pierwszej wojny światowej. Gdy dokładnie mu się przyjrzałem, wiedziałem już, że to unikat. Przez chwilę wahałem się, czy nie postąpić tak jak z moździerzem. Wiedziałem jednak, że jeśli sprawę przejmie policja, pistolet zostanie zniszczony i pójdzie na żyletki. A ja chciałem, żeby trafił do muzeum. Tym bardziej że w Polsce zgromadzono do tej pory zaledwie dwadzieścia takich eksponatów.
Nie chciał, żeby poszedł na żyletki
Według Arka, to bardzo rzadka seria, wyprodukowana w latach 1917-1918 na potrzeby cywilne. Ten model nigdy nie trafił do armii. – Postanowiłem zabrać broń do domu i poradzić się znajomych, co zrobić, żeby trafiła do muzeum. Poinformowanie o niej policji nie wchodziło w grę, bo nie chciałem, by taki okaz został zniszczony – wspomina Arkadiusz. – Jednak okazało się, że muzeum nie zechce przyjąć broni bez dokumentów. Pokazałem ją kilku znajomym. Potem na ich oczach schowałem za oparciem fotela w pokoju. Kilka dni później, w środę 20 stycznia, przyszli do naszego domu policjanci. Dokładnie wiedzieli, gdzie szukać.
– Policjanci weszli około południa do mieszkania Arkadiusza W., gdzie znaleźli ukrytą w fotelu broń palną kulową mauser c-96 z amunicją, pochodzącą prawdopodobnie z okresu drugiej wojny światowej. Pomimo znaku czasu odciśniętego na metalowych elementach broni, jest ona w pełni sprawna. Mężczyzna został zatrzymany w policyjnym areszcie. Za posiadanie broni i amunicji bez zezwolenia grozi mu do ośmiu lat pozbawienia wolności. Policjanci ustalili również, że zatrzymany od sierpnia ubiegłego roku do dnia zatrzymania udzielił około 10 gramów marihuany 18-letniemu mieszkańcowi Białej Podlaskiej. Za to przestępstwo grożą mu trzy lata pozbawienia wolności – informuje Krzysztof Semeniuk, rzecznik prasowy bialskiej Komendy Miejskiej Policji.
Do strzelania się nie nadaje
– Gdy policjanci znaleźli w naszym domu pistolet, ja też trafiłem na komendę – opowiada Piotr. – Policjanci pytali mnie, od kiedy brat zbiera militaria i co dotąd znalazł. Zapytali też, czy miałem kontakt z narkotykami. Powiedziałem, że zdarzyło mi się kilka razy zapalić marihuanę. Chcieli się dowiedzieć, skąd ją miałem, więc zgodnie z prawdą powiedziałem, że brat przyniósł do domu na własny użytek. Też chciałem zapalić, ale mi odmawiał. W końcu przekonałem go, że lepiej, jak spróbuję w domu, niż gdzieś przypadkiem. Zgodził się. Zapaliłem w sumie z dziesięć razy. Potem brat nie przynosił już do domu marihuany, więc nie miałem z nią kontaktu. Nie wiedziałem, że opowiadając szczerze o mojej przygodzie z narkotykami, zrobię z brata dilera – martwi się.
Według Arkadiusza mauzer jest dużo starszy niż ustalili policjanci. – Ponieważ dorabiałem do niego scyzorykiem drewniane okładziny, rozkładałem go. Spust miał sprawny, ale do strzelania się nie nadaje. Lufa jest wewnątrz skorodowana, ma liczne i głębokie wżery. Podczas strzału mogłaby pęknąć – uważa. Gdy stanie przed sądem, będzie prosił, by ten zabytkowy pistolet przekazano do muzeum. – W Polsce pokutuje jeszcze prawo oparte na przepisach w sprawie broni z czasów komuny. W lasach, na łąkach jest jeszcze wiele niewypałów i niewybuchów. Poszukiwacze skarbów często na nie trafiają. Pojawiają się wtedy dylematy. Zgłosić to policji i narazić się na więzienie, czy zostawić i jak najszybciej uciekać – mówi bialczanin.
|
|
|