nowy numer
zobacz więcej


data i godzina
01:19:46
wtorek, 07 września 2010


imieniny


horoskop

cały horoskop


motoryzacja
SKODA Superb Combi 2.0 TDI
motoryzacja

Od fajerki z pieca po komputer, czyli zabawy dawne i współczesne

Dawniej trajdyn, lalka uszyta z gałganków i kręćawka. Dziś Action Man, Chou Chou, Transformers i klocki lego. Świat dziecięcych zabaw i zabawek zmienił się nie do poznania.

Wąż jest kolorowy, długi na półtora metra. Ma dużą głowę i rozdziawioną, czerwoną szczękę. Liczy sobie ponad dwadzieścia lat. W 1988 roku uszyła go dziesięcioletnia Ania. Wskazówki, jak wykonać zabawkę, której zakup był poza finansowymi możliwościami, usłyszała w „Teleranku”. Wyjęła więc z szafy babciną sukienkę i, nie zapytawszy o pozwolenie, zabrała się do pracy. Najpierw pruła, potem szyła.
Dziś zrobioną przed laty maskotką bawi się jej córka, trzyletnia Maja. Dziewczynka żyje w innych czasach niż jej mama. Mogłaby mieć najnowszy model lalki-bobasa i zestaw kucyków Pony. Ale jej rodzice od takich zabawek stronią. – Nie chcemy kupować jej rzeczy, które nie wnoszą niczego do jej rozwoju. Maja w zabawie często wykorzystuje własną wyobraźnię. Tak jak my przed laty – mówią Anna i Marek Maliszewscy z Białej Podlaskiej.

Dziś najważniejsze jest mieć

Nie wszystkim rodzicom jednak łatwo dziś odnaleźć się w zabawkarskim przemyśle. Sklepy pękają w szwach. Pełno w nich kolorowych gadżetów, maskotek, gier komputerowych, planszowych, manualnych. Tych tworzonych wyłącznie dla rozrywki i takich, które mają edukować i rozwijać wyobraźnię. Najnowsze trendy? Prawdziwy i niezniszczalny bohater akcji Action Man, wciąż niestarzejąca się Barbie, a także Chou Chou – lalka bobas (siostrzana wersja Baby Annabelle i Baby Born), duplo, czyli lego dla najmłodszych (od 1,5 roku do 5 lat) i prawdziwy hit Transformers, czyli roboty z elementów, które można przekształcać w pojazdy kosmicznych kształtów, uzbrojone po zęby. – Dziś dzieci nie idą bawić się z kolegą, ale idą do kolegi bawić się jego najnowszym modelem zabawki – mówi nam Dorota Tomczyszyn, socjolog z Państwowej Szkoły Wyższej w Białej Podlaskiej, podkreślając, że żyjemy w świecie konsumpcji, w którym liczy się przede wszystkim, by mieć.
A jeszcze nie tak dawno o kolorowych zabawkach większość z nas mogła jedynie pomarzyć.

Ojcem był grzebień, matką szczotka

– Zabawki? Kto miał kiedyś zabawki? Chyba że sam sobie jakąś zrobił, a i to musiał mieć z czego. Trudno dziś nawet wytłumaczyć, w jaki sposób bawiono się za naszych czasów. To się młodym w głowie nie mieści – mówią zgodnie i z uśmiechem seniorzy z gminy Biała Podlaska, i wracają pamięcią do lat swojego dzieciństwa.
– Bardzo chciałam mieć rower, ale mogłam o nim jednie pomarzyć. Brałam więc znaleziony na podwórku kabłąk i na nim jeździłam. Jak? Po prostu siadałam na nim, przytrzymywałam ręką i podskakiwałam. Bawiłam się też w dom: ojcem był blaszany grzebień, a matką długa szczotka do butów. Ale najbardziej lubiłam wyobrażać sobie, że jestem nauczycielką. Cała zabawa rozgrywała się w mojej wyobraźni. Rozmawiałam z wymyślonymi dziećmi, szkoliłam je, pouczałam. W czasach, gdy o zabawkach mogło się jedynie pomarzyć, trzeba było mieć dobrą wyobraźnię – wspomina Marianna Jówko z Hruda. Pamięta też tzw. kręćawkę. – Ot, była to po prostu najprostsza pod słońcem karuzela. Jeden drewniany kołek wbijało się w ziemię, a na nim, na krzyż, układało się drugi. Siadało się po dwóch stronach uniesionej w górze belki i kręciło. Oczywiście nie mogło zabraknąć osoby, która belkę by popychała – wyjaśnia.

Palant, piker i sanki

Popularną zabawą był też tzw. trajdyn. – Brało się koło od roweru bez szprych albo fajerkę z pieca, a do tego drut zagięty na końcu w haczyk. Drutem zahaczało się o koło i pchało je do przodu. Im dalej zajechałeś, tym lepiej – wspomina Stefan Kamiński z Woskrzenic Dużych. Z kolei Franciszek Romaniuk z Woskrzenic Małych przywołuje w pamięci inną zabawę: – Do szkoły chodziło się w czapce z daszkiem. Zdejmowało się więc ją z głowy, stawiało na ziemi do góry dnem, odchodziło kilka metrów i wrzucało do niej podniesiony z ziemi patyk. Wygrywał oczywiście ten, kto wrzucił go z największej odległości.
Nasi rozmówcy podkreślają, że w czasach ich dzieciństwa najważniejsze było, by bawić się razem. – Ale to nie były tylko gry zespołowe, jak popularny u nas palant czy podobny do niego piker, ale na przykład wspólny śpiew. Bo w tamtych latach, gdy nie było telewizji i komputerów, dzieci nie siedziały w domach. Nas zabawa jednoczyła. Zawiązywały się między nami przyjaźnie. Zimą zjeżdżaliśmy na sankach. Najczęściej na odpinanej od dużych sań tylnej ich części. Siadało na niej dziesięć, piętnaście osób, po prostu ile zdążyło, nim sanki zaczęły zjeżdżać w dół. Wracaliśmy do domu spoceni, choć na dworze było minus 27 stopni – mówi Tadeusz Panasiuk z Hruda.
Danuta Łukaszuk z Woskrzenic Małych pamięta inną zimową zabawę: – My, jak tylko zamarzły zalane łąki, z sankami i drewnianymi łyżwami chodziliśmy na powstałe tak lodowisko. Jezu, czego się tam nie robiło… Przewracaliśmy się, ciągaliśmy jedni drugich. W całej wsi było słychać krzyki, piski i śmiech. Do domu wracało się mokrym, ale zadowolonym z życia jak nie wiadomo co.

Na pastwisku było wesoło

– Zimą, jeszcze przed zamarznięciem sadzawki w jej dno wsadzaliśmy kołek – opowiada Stefan Kamiński. – Potem do kołka przymocowywaliśmy żerdź i czepialiśmy do niej sanki. Gdy jedna grupa dzieci siedziała na sankach kręcąc się dookoła kołka, druga musiała żerdź popychać. Gotowe zabawki oczywiście były, ale rzadko kogo było na nie stać. Wiecie, co w prezencie wielkanocnym od chrzestnych się dostawało? Jajka malowane, czyli pisanki. I było się zadowolonym.
O lalkach ze sklepu naszym rozmówcom nawet się nie śniło. – Bawiłam się laleczką ze szmatek, którą sama zrobiłam. Loki miała z patyczków, które związałam nitką. Potem od cioci dostałam ładniejszą lalkę, zrobioną przez nią z kożucha. Ciocia była krawcową, więc dostawałam od niej dużo ścinków materiałów. Koleżanki mi zazdrościły – wspomina z sentymentem Danuta Jówko z Hruda.
Genowefa Sawczuk z Kaliłowa przypomina, że dzieci na wsi dużo czasu spędzały, pasąc krowy. – A na pastwisku wymyślało się najrozmaitsze zabawy. Na przykład jedna osoba wycinała kawałek trawy, potem ubijała w tym miejscu ziemię, a inna musiała to naruszone miejsce znaleźć – śmieje się. Marianna Łukasiewicz z Woskrzenic Dużych dodaje: – Ale jak przy tym pasieniu krów było wesoło. Śpiewało się wspólnie. Piosenki były różne: zabawne, kościelne, dziecięce. Patrzę czasami na pastwisko, które dziś stoi takie puste, i mówię do koleżanki: Nie było nam w życiu weselej, jak na nim przed laty, gdy byłyśmy jeszcze dziećmi.

Mogłeś być bohaterem

Wesoło było na osiedlowych podwórkach także dzisiejszym trzydziestolatkom. Choć gotowe zabawki były już dostępne, nie wszystkich na wszystkie było stać. Nie każdy też zadowalał się tym, co stało na sklepowych półkach. Dla tych, którym dzieciństwo przypadło na przełom lat 80. i 90., tak jak i dla wcześniejszych naszych rozmówców, najważniejsze było, by bawić się wspólnie. Najlepiej na dworze. I w dużej mierze liczyć na własną wyobraźnię. Dla niektórych właśnie ona stała się narzędziem gry.
O RPG, czyli grach fabularnych, dziś cieszących się dużym powodzeniem, grupa miłośników literatury fantastycznej z bialskiej ulicy Kopernika przeczytała na początku lat 90. w czasopiśmie „Magia i miecz”. – Wtedy nikt o tym nie słyszał. To była w Polsce nowość. W RPG gracze wcielają się w role wymyślonych postaci, a cała akcja toczy się w fikcyjnym świecie stworzonym tylko w wyobraźni grających. RPG wymaga fantazji, umiejętności szybkiego reagowania i opowiadania. Czas trwania takiej gry? Nawet kilka tygodni – opowiada 31-letni dziś Paweł Onoszko. Gra absorbowała, bo, jak podkreśla, pozwalała oderwać się od rzeczywistości. – Zachłysnęliśmy się nią. Wszystko było wtedy jeszcze takie szare i nagle pojawiło się coś tak niesamowitego. Gra, w której mogłeś poczuć się przez chwilę bohaterem. Być, kim chcesz: magiem, rycerzem, księżniczką – podkreśla Onoszko.
Miłośnicy RPG praktykowali i bardziej przyziemne zabawy. – Graliśmy na przykład w kapsle. Gra wymagała minimalnego nakładu środków, bo potrzebne były do niej zwykłe kapsle od popularnych oranżad, walające się po podwórku. Rysowało się tor przeszkód szerokości mniej więcej dziesięciu centymetrów i paru metrów długości, i robiło na nim różne przeszkody terenowe: górki, dołki, patyki. Gracze ustawiali swoje kapsle na starcie i po kolei pstrykali nimi tak, by jak najszybciej dojść do mety, a zarazem nie wypaść z toru – wyjaśnia Paweł.
W tym samym czasie w dziewczęcym świecie triumfy święciła gra w gumę.

Guma była prawdziwym przebojem

Liczyła się przede wszystkim długość. Im więcej metrów, tym lepiej. Nie kupowało się jej w sklepach. Najczęściej wyciągało z rajstop i majtek. Najlepiej było nosić ją w kieszeni. Musiała być pod ręką. Nigdy nie było wiadomo, kiedy mogła się przydać. Na przerwach całe szkolne podwórka zapełniały się skaczącymi na gumie dziewczynami. Choć i chłopcy od gry nie stronili. – Kostki, kolanka, pas, uda, dla bardziej zaawansowanych pachy. To określenia wysokości, na której na gumie się skakało. Fantastyczna zabawa. Dziwię się, ale od jakichś dziesięciu lat nie dostrzegam, by ktoś ją jeszcze praktykował. Ciekawe dlaczego – zastanawia się Anna Maliszewska. Wspomina, że na osiedlach królowały przede wszystkim zabawy grupowe. Oprócz tradycyjnej zabawy w chowanego, podchody, dwa ognie i klasy, dziewczynki lubiły bawić się w sklep. – Handlowało się patyczkami, liśćmi, kasztanami. Wszystkim, co było pod ręką. Za towar płaciło się kamykami – mówi.
Chłopcy gustowali w nieco innych zabawach. – Popularna była zabawa w gazdę. Rysowało się na ziemi linię, między palcami rozkręcało pieniążek i puszczało nim tak, by w nią trafić. Podobną zabawą był tzw. banczek, gdzie do wykopanego wcześniej dołka próbowało się wrzucić pieniądze – opowiada Marek Maliszewski. – Poza tym lubiliśmy chodzić w jakieś niebezpieczne miejsca, biegaliśmy na przykład po dachach. Urządzaliśmy też zawody sportowe pełne różnych dyscyplin. Każdy chłopak obowiązkowo musiał mieć lupę, którą, wykorzystując światło słoneczne, wypalaliśmy różne wzory, na przykład na huśtawkach. No i wędrówki na pylone, czyli kradzione owoce z pobliskich sadów. Każdy to robił. Frajda była z tego niesamowita. A nieumyte owoce, zjadane w grupie rówieśników, smakowały zdecydowanie lepiej od tych, które były w domu.

Reklamowana zabawka staje się marzeniem

Jak wygląda świat zabaw współczesnych dzieci? W poszukiwaniu odpowiedzi zajrzeliśmy do Szkoły Podstawowej nr 5 w Białej Podlaskiej. Dziś młode pokolenie najczęściej spędza czas w domu, przy komputerze i najnowszych grach: FIFA, Zielone Imperium, Wolni Farmerzy, Word of Warcraft, Tibia czy Need for Speed. Ci, którzy przy monitorze spędzają nieco mniej czasu, nie stronią od najmodniejszych gadżetów. Ulubioną zabawką Dominika Maślanki jest np. zegarek. Ale nie taki zwykły, bo w jego środku ukrywa się kosmiczny stwór. Omnitrix – tak nazywa się ten nietypowy gadżet – został zrobiony na podobieństwo tego, który nosił bohater seriali animowanych Ben 10. Gadżet cieszy się dużym powodzeniem wśród chłopców.
Daniel Wyszuk z kolei najczęściej bawi się klockami. – Lubię układać lego riders lub technic, co nie jest wcale łatwe. Układam też klocki magnetyczne. Oprócz tego interesują mnie sterowane pojazdy mechaniczne – wymienia. Furorę wśród dziewczynek robią z kolei lalki przypominające prawdziwe niemowlę. – Moją ulubioną jest lalka Chou Chou. Muszę się nią zajmować, bo inaczej płacze – opowiada Ola Czarnecka. Joasia Różycka z kolei najwięcej wolnego czasu spędza przy komputerze.
– Gram i odwiedzam strony internetowe, na których można czatować – mówi. Dzieci przyznają, że reklamowane w telewizji drogie zabawki są ich marzeniem. Jednak najczęściej pieniądze na nie muszą uzbierać same. Odkładają więc kieszonkowe albo liczą na hojność dziadków. Nieraz wymarzony drobiazg trafia w ich ręce jako nagroda za dobre sprawowanie lub wyniki w nauce.
Mimo postępu technicznego, modne są wciąż gry planszowe. Dziś dzieci najchętniej grają w Kocham cię Polsko lub Twister. Nie starzeją się: monopol, warcaby, szachy i gry w karty. Gry podwórkowe z kolei cieszą się zdecydowanie większą popularnością wśród mieszkańców mniejszych osad. Sposobów na dobrą zabawę szukaliśmy wśród uczniów ze Szkoły Podstawowej w Podedwórzu.

Zabawa w pyciuchę i gwoździa

Na pytanie, czy chcieliby przenieść się w czasy, gdy dziećmi byli ich rodzice czy dziadkowie, bez zastanowienia odpowiadają, że nie. Nie wyobrażają sobie życia bez komputera, przy którym spędzają mnóstwo czasu, szusując po internecie lub grając w sieci, a cóż dopiero funkcjonowania bez prądu. Ale zgodnie twierdzą też, że to nie komputer daje im dziś największą radość. – Na wsi jest wiele możliwości wspólnych zabaw z rówieśnikami. Można pobiec na pobliskie pola i skakać z bel słomy lub siana. Jest z tego wielka frajda, mimo że potem całe nogi są podrapane – uśmiecha się Ola.
Dzieci puszczają wodze wyobraźni, wymyślając nie tylko zabawy, ale również ich nazwy. Nie każdy z nas bowiem wie, jak grać w chrusta i jak dostać pyciuchę. O ostatniej grze opowiada Andżelika Mackiewicz. – Zasady są proste. Znienacka rzuca się piłkę do kolegi i jeśli ten nie powie jakiegokolwiek imienia, nim piłka znajdzie się w jego rękach, dostaje pyciuchę, czyli przezwisko – wyjaśnia dziewczynka.
Jeśli znudzi się pyciucha, można zagrać w tzw. siadanie w gwoździa. Zasady gry wyjaśnia Grzegorz Bujan. – Zwycięża drużyna, która usadzi na kolanach jednego z graczy najwięcej dzieci. Popularne wśród dziewczynek z młodszych klas jest kolekcjonowanie kolorowych karteczek z postaciami z bajek lub młodzieżowych filmów. Tu nie liczy się tylko ilość zebranych podobizn, ale też posiadanie wizerunków najnowszych bohaterów. Trzeba nieraz oddać kilka cennych i ulubionych kartek, by wymienić je na jedną, ale z najnowszą postacią.

Nigdy nie urządziła histerii

W co będzie bawić się mała Maja, gdy zacznie chodzić do szkoły? Wybierze najnowsze gadżety, którymi kusić będą producenci przemysłu zabawkarskiego, czy wspólną zabawę z rówieśnikami? Nie wiadomo. Póki co, buduje z klocków garaż dla samochodu, który dostał jej pięciomiesięczny brat Filip, a pudełko po zabawce służy jej za dom.
– Czy stosujemy dobrą metodę, nie kupując dziecku modnych i wypasionych zabawek? Okaże się w przyszłości. Na razie dostrzegamy jednak same pozytywy wybranego sposobu wychowania – podkreślają rodzice trzylatki. – Jeśli mamy wybór, czy uczyć dziecko czytając mu książki, czy włączając bajkę w telewizji, zdecydowanie wybieramy to pierwsze. Maja ma rozwiniętą wyobraźnię i do tego nigdy nie urządziła nam histerii. A przecież dziś tupiące, płaczące dziecko, które powtarza, że bez zabawki ze sklepu nigdzie się nie ruszy, to nierzadki widok.



 Mówi
Dorota Tomczyszyn, socjolog z Państwowej Szkoły Wyższej w Białej Podlaskiej: – Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym. Można by pomyśleć, że ludzie istnieją tylko po to, aby coraz więcej rzeczy posiadać, gromadzić, kupować… Innych ocenia się po wyglądzie, a nie po tym, jakimi wartościami się kierują, czy jakie umiejętności posiadają. Zjawiska te nie pozostają bez wpływu na dzieci, które nasiąkają zachowaniami konsumpcyjnymi obserwowanymi u dorosłych. Coraz częściej dziecko utożsamia osobę szczęśliwą, a nawet i mądrą, z osobą, która jest najpiękniejsza i posiada dużo drogich rzeczy. Dzieci nie idą dziś bawić się z kolegą, ale do kolegi bawić się jego najnowszym modelem zabawki, której cena wielokrotnie przekracza koszty produkcji. Wiadomo przecież, że rodzice spełnią marzenie swojego dziecka i bez względu na jej wysokość kupią mu upragnioną rzecz. Dlatego produkcja artykułów dziecięcych i młodzieżowych jest wciąż prężną, dochodową i stale rozwijającą się dziedziną gospodarczą. W takiej rzeczywistości rodzą się nierówności społeczne obserwowalne już od najmłodszych lat. Dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym potrafią sprawdzać oryginalność ubrań koleżanek, oglądając metki. Co z dziećmi, które nie będą miały oryginalnych ubrań i najnowszych zabawek? Czy będą wzrastały w poczuciu własnej wartości, czy w poczuciu swojej niższej pozycji społecznej w klasie? Szczególna rola przypada tu wychowawcom i rodzicom, którzy powinni uczyć właściwego i świadomego uczestnictwa w kulturze konsumpcji.

www.slowopodlasia.pl  |  Opracowanie graficzne Margraf  |  Programowanie i utrzymanie Łukasz Jakimiuk