Skaldowie: "My nigdy nie ulegaliśmy modzie" [WYWIAD]

  • 29.07.2017, 09:39 (aktualizacja 29.07.2017 10:09)
  • Polub nas na Facebooku
Skaldowie: "My nigdy nie ulegaliśmy modzie" [WYWIAD]

Wywiad z Jackiem Zielińskim, solistą Skaldów, którzy wystąpili w czerwcu podczas Dni Białej Podlaskiej.

Bardzo dawno nie było was na Podlasiu...

– Koncertujemy nieco mniej niż w latach siedemdziesiątych, ale nadal jesteśmy aktywni. W Białej Podlaskiej graliśmy już kilka razy. Teraz przy okazji Dni Miasta. Zauważyłem, że do parku Radziwiłłowskiego przyszli nas posłuchać fani młodsi od naszych dzieci. To znak, że muzyka łączy pokolenia. Zgotowano nam bardzo dobre przyjęcie, z czego jestem zadowolony.

Czy pół wieku na scenie to powód do chluby?

– Raczej radości. Nasze muzykowanie wzięło się z wielkiej pasji do muzyki i nigdy, mimo zmiany różnych mód, stylów i klimatów, nie zmieniliśmy swoich zainteresowań. Muzyka wciąż stanowi dla nas sens i treść życia. Na podkreślenie zasługuje fakt, że od wielu lat gramy w niemal tym samym składzie. Jedyną zmianą jest wokalistka, czyli wspomagająca mnie córka Gabriela.

Mieliście kiedyś szczególną słabość do telewizji.

– Mile wspominam tamte czasy, gdzie niemal każda nowa płyta była odnotowywana recitalem. Ostatni, zresztą bardzo przyjemny gest odnotowaliśmy dwa lata temu, kiedy w opolskim amfiteatrze urządzono nam jubileuszową fetę. Całość nagłaśniała telewizja, a obok nas pojawiła się plejada młodych wokalistów i muzyków. Z prawdziwą przyjemnością rozdaliśmy nagrody zdolnym debiutantom. To oni za kilka lat rządzić będą sceną muzyczną.

Dziś uchodzicie za klasyków sceny muzycznej, ale początki mieliście raczej trudne.

– Rzeczywiście, w połowie lat sześćdziesiątych nasza muzyka była trochę niezrozumiała dla współczesnej młodzieży. Obaj z bratem studiowaliśmy w krakowski konserwatorium, gdzie uczono nas szacunku dla muzyki poważnej. Stąd w naszych piosenkach było sporo kontrapunktów, polifonii, nietuzinkowej harmonii, a nawet cytatów z klasyków. Nie wszystkim się to wtedy podobało. Młodzi woleli gitarę niż skrzypce, z którymi zjawiałem się na koncertach. Dlatego doszliśmy w pewnym momencie do wniosku, że trzeba połączyć wyraz artystyczny z piosenką masową, trafiającą do szerokiego kręgu odbiorców.

Udało się to wam na drugiej płycie "Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał".

– Nagraliśmy ją w marcu 1968 roku, a wciąż mam do tamtych nagrań ogromny sentyment. Większość piosenek wydanych przez Pronit to stuprocentowe szlagiery, grane chętnie we wszystkich niemal programach radiowych. Niektóre z tych utworów stały się coverami i doczekały się wielu wykonań. Sięgnęła po niej również popularna grupa Brathanki, co pozwoliło przypomnieć nasz repertuar młodszemu pokoleniu.

Na pierwszym albumie zagraliście utwór nawiązujący do folkloru góralskiego, co miało potem ciąg dalszy.

– Piosenka "Uciekaj, uciekaj" nawiązywała do melodii i skali góralskiej, ale była w całości dziełem mego zdolnego brata Andrzeja. Potem wielokrotnie czerpaliśmy z folkloru góralskiego m.in. w utworach: "Na wirsycku", "Malowany dym", "Z kopyta kulig rwie", "Krywaniu, Krywaniu", "Juhas zmarł", "Nasza miłość jak wiatr halny". Przysporzyło nam to wielu zwolenników na Podhalu. Mieliśmy do niego szczególny sentyment. Nasza mama Zofia Zielińska była rodowitą góralką.. 

Na wspomnianej płycie znalazła się też piosenka z tekstem Agnieszki Osieckiej "Śpiewam, bo muszę". Czy rzeczywiście musieliście?

– Obaj z bratem jesteśmy wykształconymi instrumentalistami, a nie śpiewakami. Robiliśmy to jednak z potrzeby serca. Z niezłym, jak się okazało po latach skutkiem, skoro zdołaliśmy wydać trzydzieści płyt. Tytuł piosenki powstał po rozmowie Agnieszki z Andrzejem. Zapytała go, dlaczego zaczął śpiewać, a on odpowiedział "Śpiewam, bo muszę", i tak zostało. Cieszy mnie fakt, że mimo upływu lat ta piosenka jest wciąż aktualna.

Mocną stroną Skaldów był zawsze solidny warsztat, ale nie trzymaliście się kurczowo jednego stylu.

– W naszym repertuarze było miejsce na góralską stylizację, rockową suitę, bossa novę, klasyczny rock, elementy jazzu i aranżację rodem z włoskiego baroku. Jeden z trzech dysków wydanej piętnaście lat temu "Antologii" stanowił zbiór utworów typowo progresywnych, bardziej instrumentalnych, niż wokalnych. Chcieliśmy przypomnieć fanom, że naszą domeną zawsze była mocna strona instrumentalna.

Wielu waszych zwolenników uważa, że utwory sprzed 50 lat wciąż brzmią niezwykle oryginalnie.

– Brzmi to jak komplement, na który po części zasłużyliśmy. Pamiętam dobrze, jak rodziły się tamte nagrania. Zależało nam bardzo na oryginalności w sensie melodii i warsztatu twórczego. Przykładaliśmy ogromną wagę do kompozycji, aranżacji, wykonawstwa. Piosenki były wręcz dopieszczane w studio. Słychać to było już na pierwszym analogu "Skaldowie", wydanym w dwa lata po stworzeniu grupy (1965 rok). Zdaniem recenzentów górowaliśmy muzykalnością nad światkiem ówczesnego big beatu. Kiedy inni muzycy katowali bez umiaru gitarowe brzmienie, my sięgaliśmy po delikatne dźwięki skrzypiec czy wiolonczeli. Dla jednych było to całkowite zaskoczenie, dla innych wielka frajda.

Czy takich nagrań słucha też pan chętnie w chwilach relaksu?

– Prawdziwą przyjemność sprawiają mi nastrojowe melodie. Odnajduję je na płytach Bacha i Mozarta. Z prawdziwą przyjemnością słucham programu drugiego PR, bo tam można posłuchać klasyki.

Jak pan sądzi, w czym należy upatrywać swoistego fenomenu Skaldów?

– Chyba w wierności powziętym przed laty zasadom. My nigdy nie ulegaliśmy modzie ani nie zabiegaliśmy o popularność za wszelką cenę. Początkowo byliśmy wręcz w opozycji do tego, co grało się na rodzimej estradzie. Pozostawaliśmy, owszem, pod urokiem Beatlesów i Rolling Stonesów, a także innych kolorowych formacji, lecz nie kopiowaliśmy, jak inni, ich brzmienia. Zachodnie szlagiery były zaledwie inspiracją twórczą do poszukiwania własnych rozwiązań. Nasze piosenki wyprzedzały dokonania innych młodzieżowych zespołów. Odznaczały się sporymi walorami tekstowymi, kompozycyjnymi i aranżacyjnymi. Nikt z ówczesnych muzyków nie porywał się, jak my, do wprowadzania kwartetu smyczkowego czy cytowania fragmentów utworów Jana Sebastiana Bacha. W muzyce staraliśmy się oddawać nasze nastroje i sentymenty. Chętnie i często sięgaliśmy do skarbnicy muzyki góralskiej. Teraz chętnie bywamy w Zakopanem nie tylko po to, aby koncertować z góralskimi kapelami. Zaakceptowano nas tam jako swoich. Dziesięć lat temu postawiłem w Zakopanem solidny dom z bali, z którego okien oglądam teraz Giewont. Spotykamy się tam często z dziećmi i wnukami. Na podkreślenie zasługuje fakt, że w ciągu pół wieku grania udało nam się wypracować specyficzne, ale łatwe do szybkiego rozpoznania brzmienie. Proszę zwrócić uwagę, że w tym czasie powstało i zgasło mnóstwo zespołów. My wciąż gramy i na razie nie zamierzamy przechodzić w stan spoczynku. Nie czujemy się emerytami. Mamy w sobie tyle energii, że bez kłopotu możemy zagrać trzygodzinny koncert, bez podpierania się elektronicznymi zabawkami.

* Ponad dwadzieścia lat temu nagraliście "Moje Betlejem", które wciąż cieszy się powodzeniem w okresie Bożego Narodzenia. W jakich okolicznościach powstała ta płyta?

– Zaczęło się od rozmów z wieloletnim współpracownikiem zespołu, skądinąd wspaniałym poetą Aleksandrem Leszkiem Moczulskim. Wcześniej pisał nam wspaniałe piosenki, więc poprosiłem, by spróbował stworzyć współczesną kolędę. Myślałem o jednej lub dwóch. Leszek jednak zabrał się ostro do pracy i dostarczył mi kilkanaście tekstów nawiązujących treścią do narodzin Bożej Dzieciny, a jednak odmiennych od tradycyjnych kolęd. Nie spodziewałem się, że tak szybko będę mógł ułożyć do nich muzykę. Skorzystałem z tradycyjnych melodii ludowych, bo wydało mi się, że kolędy winny mieć prostą, zarazem wyrazistą oprawę. Słuchacze twierdzą, że czuje się w nich specyficzny rytm Skaldów. Trudno, aby było inaczej, skoro gramy ze sobą tyle lat i tworzymy pewien konglomerat stylistyczny. Cokolwiek byśmy nie zagrali nowego, będzie to nawiązywało do wcześniejszych doświadczeń.

"Moje Betlejem" (prezentowane także w bialskim kościele pw. Błogosławionego Honorata) zostało nagrane na płytę w jednym z krakowskich kościołów, a w realizacji uczestniczyły też pańskie dzieci, Gabriela i Bogumił Zielińscy. Jak często mają oni okazję uczestnictwa w przedsięwzięciach Skaldów?

– Dość często. Gdybym był zapobiegliwym tatą, powinienem był wysłać je na studia ekonomiczne, prawnicze lub informatyczne. Dzieci wybrały jednak ukochaną przeze mnie muzykę, co głaszcze mą duszę. Praca artystyczna daje ogromnie dużo satysfakcji, bez względu na to, czy przynosi zadowalające profity. Przeto nie protestowałem, gdy dzieci spieszyły na scenę. Boguś grał z nami na gitarze akustycznej, a Gabrysia występuje gościnnie w naszych koncertach, bo przydaje się głos żeński. Kiedyś śpiewaliśmy część utworów z Hanną Konieczną, Łucją Prus i Marylą Rodowicz. Teraz Gaba stara się je zastąpić.

Z czego jest pan dumny po latach?

– Udało mi się spełnić młodzieńcze marzenia. Z potrzeby serca wybrałem studia muzyczne i mogłem pracować w wyuczonym zawodzie. Nagrałem wiele płyt, odwiedziłem mnóstwo krajów. Otrzymałem Złoty Krzyż Zasługi i medal "Zasłużony kulturze polskiej Gloria Artis". Zbudowałem własny dom i mam udaną rodzinę. Jestem zadowolony, że nie tylko dzieci podzielają moją pasję, ale nawet wnuki. Kształcą zdolności muzyczne w szkole, a nawet wygrywają konkursy.

Rozmawiał Istvan Grabowski

Polub nas na Facebooku
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe