Dziadek Mikołaj. Ratował z potrzeby serca

  • 26.09.2017, 11:16 (aktualizacja 26.09.2017 11:47)
  • Słowo Podlasia | Polub nas na Facebooku
Dziadek Mikołaj. Ratował z potrzeby serca

Matka chwyciła siedmioletnią Dzidzię za rękę: – Chodź, będziemy się modlić do Bozi, bo za chwilę wszyscy umrzemy. Ojcze nasz, któryś jest w niebie... – Zastrzelą nas? Podpalą? – dziewczynka nie mogła się skupić.

8 maja 2017 r. Sala kolumnowa Sejmu RP. Wolnym, ale pewnym krokiem do mównicy podchodzi Jadwiga Drygulska. 81-letnia mieszkanka Janowa Podlaskiego o dostojnej, pogodnej twarzy. Patrzy na nią około trzystu osób. – Zgromadziliśmy się dzisiaj tutaj, w Sejmie, w dniu 8 maja, to jest w dniu poświęconym Dzieciom Wojny. To jest nasze święto – pierwsze zdania wypowiada jeszcze niepewnie. Przy kolejnych jej głos staje się mocniejszy, a opowieść o losach członków bialskiego oddziału związku, których reprezentuje – plastyczna i żywa. Mówi też o sobie i swoim dziadku. Nikt nie wie, że to właśnie on dodaje jej teraz odwagi.

Dzidzia

Dzidzia, bo tak ją nazywano, była żywym i lubianym dzieckiem. Do lipca 1943 r., kiedy na świat przyszła jej młodsza siostra, jedynym w domu swoich dziadków Pauliny i Mikołaja Iwaniuków w Romanowie. Wiele się jej wybaczało. I przesiadywanie na gałęzi czeremchy oplatającej stół, gdy w letnie dni wszyscy jedli posiłek na dworze, i dociekliwość w rozwiązywaniu zagadki, dlaczego dziadek obładowany dużą ilością jedzenia znika w głębi obory. Wiele się jej zawdzięczało. I milczenie na temat nietypowych gości w domu, i alarmowanie dorosłych, gdy na drodze prowadzącej do wsi pojawiali się Niemcy czy granatowi policjanci.

Wystarczy, że na chwilę zamknie oczy i odtwarza romanowskie siedlisko: ogrodzone sztachetami, porośnięte morzem świerków. Dom był drewniany, kryty dachówką, zwyczajną, nie paloną, z dobudowanym od frontu gankiem. Do środka wchodziło się od podwórka przez przybudówkę, zwaną sienią. Zaraz za nią, po prawej, mieściła się spiżarnia, po lewej – kuchnia, z którą sąsiadowały dwa pokoje. To właśnie w tym domu był dziecięcy raj Dzidzi. Raj pozorny. Bo za mieszkanie w nim ona i pozostali domownicy mogli zginąć. Razem osiem osób: jej dziadkowie, dwie ciotki Paulina i Franciszka Iwaniukówny, jej rodzice Janina i Franciszek Paluchowie, a później także nowo narodzona siostra Marysia. Mogli zginąć, bo taka była kara za ukrywanie Żydów.

Wspomnienia

Historię ukrywania przez Mikołaja Iwaniuka z Romanowa w gminie Janów Podlaski Żydów w czasie drugiej wojny światowej znam z relacji jego córki Franciszki, z którą rozmawiałam w 2007 r. ("Słowo Podlasia", nr 8/2007). Dziś już nie żyje. Tak jak Gedali Rydlewicz, którego przekaz o pobycie w Romanowie wówczas przywołałam, i tak jak inni Żydzi, którzy u Iwaniuka znaleźli pomoc. Umarli też wszyscy, którzy w czasie wojny zamieszkiwali jego dom i zdawali sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Żyje jedynie wnuczka Mikołaja – Jadwiga Drygulska, wtedy pieszczotliwie nazywana Dzidzią, która nie do końca rozumiała zagrożenie. Do przedstawionej mi przed laty historii wnosi nowe fakty, wspomnienia, listy, zdjęcia.

Dziadek

W oczach Dzidzi. Po pierwsze, wielbiciel chłodnika. Niezastąpionego w upalne dni, koniecznie z ogórkami, cebulą, octem, śmietaną i solą, do smaku. Po drugie, człowiek o gołębim sercu. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Ani biedakom, którzy przychodzili po prośbie, ani pogorzelcom, którzy nagle zostawali bez środków do życia. Po trzecie, dobry. Tak dobry, że aż naiwny. Inni często to wykorzystywali. Bogacz? Nigdy nim nie był, choć przed wojną posiadanie około 20 ha ziemi to nie było byle co. 

– Raz wszedł zmartwiony do kuchni. "Wiecie co, (tu pada nazwisko sąsiada) tyle mnie cholewów naszył. Tyle cholewów naszył". Sąsiad uszył dziadkowi dużo butów? A gdzie je schował, bo na nogach nowych nie widać? – zastanawiałam się, bacznie obserwując dziadka – wspomina pani Jadwiga. – Dopiero po latach dowiedziałam się, że nie o szycie butów wówczas chodziło. Dziadek nigdy nie przeklinał. Za to wiązankę przekleństw usłyszał właśnie od wspomnianego sąsiada. O świcie, kiedy cała wieś jeszcze spała, niósł jedzenie Żydom ukrywającym się w lasku zwanym Dębinką. I wtedy natknął się na sąsiada, który na niego nakrzyczał: "Ty stara cholero, gdzie idziesz? Do Żydów? Niesiesz im to? Chcesz, żeby całą wieś spalili? A jazda do domu". Dziadek zawrócił. Ale jedzenie i tak zaniósł. Poszedł inną drogą.

Żydzi

Dzidzia przyzwyczaiła się do widoku dwóch obcych kobiet krzątających się po domu. Razem z ciotkami i mamą prały, gotowały, łuskały mak i fasolę. Pierwsza, Perla, była młoda i energiczna. Druga, nazywana Majcią, starsza i powolniejsza. Obie w mieszkaniu pojawiały się w dzień i znikały wraz ze zmrokiem.

Dziewczynka wiedziała, że nie wolno jej pisnąć na temat ich obecności nikomu z bawiących się z nią dzieci. Słyszała, że kobiety trzeba strzec przed wzrokiem innych i że ich pobyt wśród nich grozi śmiercią. 

Ich kryjówka mieściła się w przylegającej do stodoły, od strony lasu, drewutni. W wykopanej w ziemi jamie, przykrywanej dużą ilością drewna i siana. Po latach, gdy Jadwiga będzie już żoną i matką, mężczyźni opowiedzą jej i innym członkom rodziny Iwaniuków, że spędzali tam całe dnie i noce, a chwile, gdy wychodzili stamtąd na wyszki, by zaczerpnąć świeżego powietrza, były ich jedyną przyjemnością. 

Podczas tych powojennych spotkań historie życia ukrywających się u Iwaniuka osób złożą się w jedną całość. Okaże się, że Perla cudem wydostała się z pociągu wiozącego ją do obozu śmierci. I że przeszła około stu kilometrów, nim dotarła do domu Iwaniuków. Że w drodze żywiła się resztkami znalezionego przypadkiem jedzenia, i że niedługo przed wojną jej ojciec razem z młodszą córką wyjechał do Palestyny. I że nie zdążyli do nich dołączyć nie tylko Perla, ale i jej mama, dwie siostry i trzej bracia. I że zbiegłych z Małaszewicz braci Perli, Szloma i Motla, dziadek Jadwigi ukrył u swojej siostry w Jakówkach.

Jadwiga Drygulska pozna jeszcze trochę faktów o Mendlu Rybkowskim. Dowie się, że w czasie wojny polowali na niego młodzi chłopcy z sąsiedztwa gospodarzy, u których ukrywał się przed tym, nim trafił do domu jej dziadka. Że zakradli się do budynku gospodarczego, gdzie przebywał, nocą, z latarką, i że musiał chować się przed nimi w plecionej beczce. Był tak chudy, że zmieścił się w niej bez problemu.

Sąsiedzi

Wiedzieli, albo raczej domyślali się, że u Iwaniuków jest ktoś, kogo być nie powinno. Kiedy po latach Perla, Noah czy Mendel zasiądą przy stole z tymi, którzy narażali dla nich swoje życie, ci będą rozmawiali o wizytach osób z sąsiedztwa. Przypomną sobie ich pytania o to, dlaczego w ich domu gotuje się w tak dużych garnkach. Przypomną sobie tych, którzy wykazali się sąsiedzką solidarnością, i tych, którym taki gest nie mieścił się w głowie.

Jadwiga Drygulska wspomina: – Mój wujek był przed wojną policjantem, a w czasie wojny należał do policji granatowej. Pozostał jednak dobrym człowiekiem. Pewnego dnia, gdy tatuś był w Janowie, przekazał, że są na nas donosy. Ludzie mówili, że w domu mojego dziadka są przechowywani Żydzi. Wujek ostrzegł tatusia, że wszyscy możemy zginąć. Ten wrócił do domu roztrzęsiony. Długo rozmawiał z mamusią i w końcu ta poszła do dziadka. Ale z jego strony o wypędzeniu Żydów nie było mowy. Miał wtedy powiedzieć: "Jeśli każę im odejść, zginą. Oni nie mają gdzie iść. Przed wami świat stoi otworem. Wyjeźdźcie, jeśli się boicie". Rodzice zapakowali się na wóz i ruszyliśmy do Starego Pawłowa.

Na miejsce jednak nie dojechaliśmy. Kiedy gościliśmy u znajomych w Nowym Pawłowie, dojechała do nas ciocia Franciszka. Zapłakana, błagała rodziców, by wrócili do Romanowa. Ich wyjazd świadczył o jednym – wystraszyli się donosów. A to oznaczało przyznanie się. Więc wróciliśmy. Tyle że problem nie zniknął. Trzeba było zastanowić się, jak oddalić podejrzenia. Dziadek zdecydował się pójść na posterunek i zgłosić, że nocą nękają go Żydzi, przychodzą i proszą o pomoc. Po latach moja rodzina wciąż wspominała młodego chłopaka ze wsi, który – przez nikogo nieproszony – na wieść o wizycie u nas Niemców zrobił zbiórkę jedzenia wśród sąsiadów. Ci, najedzeni i podpici wódką, tak zwaną kontyngentówką, uwierzyli cioci Frani, gdy ta rumor w sieni tłumaczyła marcowaniem kotów. Tymczasem stał za tym jeden z Żydów, który nie dał wiary ostrzeżeniom dziadka.

Strach

– Ciocia Frania wyszła zanieść mleko do zlewni, dziadek i tatuś byli w zabudowaniach gospodarczych, w domu ja, moja mama z maleńką siostrą na rękach i babcia. Mamusia chwyciła mnie za rękę: "Chodź, będziemy się modlić do Bozi, bo za chwilę wszyscy umrzemy – powiedziała. Uklęknęliśmy w pokoju przed obrazem Matki Boskiej. Modliliśmy się i czekaliśmy na śmierć. Podpalą nas? Zastrzelą? – zastanawiałam się. Słyszałyśmy ich coraz wyraźniej. Potem były pojedyncze strzały i odgłos silników samochodów na drodze. I nagle wszystko ucichło. Niemcy odjechali. Nawet nie weszli na nasze podwórko. To była obława na partyzantów, nie na nas – opowiada Jadwiga Drygulska. – W tej strasznej chwili dziadek też się modlił. Był tak przerażony, że zemdlał. Za chwilę mogło zginąć przecież kilkanaście osób.

Tatko

Tak go nazywali. I dbali jak o ojca.

24 lutego 1957 r. Rydlewicz do Pauliny Iwaniuk-Chmiel: "Teraz co panie pisze że tatko niedowidzą, to jakby on by zaszedł do doktora co on od oczy i by dał mu jake okulary on poczebuje to ja bym przysłał okulary, ale ja musze mieć ten papier od doktora to jak recepta się pisze i one w Ameryce wiedzą. Proszę to mnie przesłać i ja to załatwię".

Rodzinę Iwaniuków traktowali jak swoją. Pisali do niej i odwiedzali. Choć każda wizyta w Polsce wiązała się z cierpieniem.
Perla do Jadwigi Drygulskiej: "Kochana Jadwiga i cała Twoja rodzina. Szkoda (...) że nie mogłyśmy się zobaczyć. Bo dzieci moje tylko mieli krótki urlop, a chcieli wszystko zobaczyć Treblinkę, Majdanek, Oświęcim, niech oni widzą, to będą wiedzieli jak żyć i bronić się (...) Jak przyjeżdżam do Polski to staję się chora i nerwowa. Wspomnienia nie odchodzą. To jak stara rana, która zawsze krwawi, ale jak widzę swoją Kochaną Rodzinę Iwaniuków to warto to cierpieć. Takich ludzi dużo nie ma (...). Wasza Perla i Noah".

Jadwiga Drygulska wszystkie listy przechowuje w specjalnej księdze. Na jej kartach spisała własne wspomnienia, dołączyła m.in. kenkartę ojca potwierdzającą meldunek w Romanowie, powojenne karty identyfikacyjne Perli i Noaha, a także poświadczone notarialnie oświadczenie Noaha Rodzynka, że i ona była obecna w domu Iwaniuka w latach 1943-1944. Są tu i zdjęcia. Na jednym z nich "tatko" razem z Rydlewiczem, Englenderem i Finkelelsztejnem. Gdyby dziś już nie Dzidzia, ale doświadczona życiem Jadwiga Drygulska mogła go spotkać, zapytałaby, czy było warto tak ryzykować?

Więcej przeczytasz w papierowym i elektronicznym wydaniu Słowa, nr 39

Kamila Kolęda

 

Słowo Podlasia | Polub nas na Facebooku
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe