Dzięki szamanom poznawał prawdę o sobie samym [REPORTAŻ]

  • 10.12.2017, 08:01
  • Słowo Podlasia | Polub nas na Facebooku
Dzięki szamanom poznawał prawdę o sobie samym [REPORTAŻ]
Przez czternaście lat przemierzał Meksyk i Amazonię, by praktykować u tamtejszych szamanów. Nie ma monopolu na prawdę, nie wierzy w przypadki, jest miłośnikiem banałów, a w jego świecie najważniejsza jest energia. I do tego Krzysztof Orłowski, który od kilkunastu miesięcy jest mieszkańcem południowego Podlasia, coraz częściej bywa szczęśliwy.

Zaczęło się od literatury

Najpierw były książki: Maya, Curwooda, Coopera, Londona, Fiedlera czy Nory Szczepańskiej. Potem doszły jeszcze te autorstwa Sat-Okha, polskiego Indianina, którego ojciec był wodzem plemienia Szewanezów. Nie udało mu się go poznać, ale z jego synem wychowywał się na jednym podwórku. Zaczytywał się w opowieściach o ludziach żyjących w odległej Ameryce i praktykujących nieznane mu zwyczaje, o szamanach uzdrawiających ludzi i przewidujących przyszłość.

Po latach, kiedy zaczął szukać samego siebie, indiańskie zainteresowania odłożył na bok. Uwagę skupił na innych kulturach, które miały pozwolić mu odkryć prawdę o sobie samym. Ponad trzydzieści lat temu ruszył w swoją pierwszą daleką podróż. Przez trzy miesiące z grupą przyjaciół wędrował przez północne Indie. Ich zapach pamięta do dziś.

Osiem miesięcy przy Piramidzie Księżyca

Ale gdy później odkrył w sobie właściwości energetyczne, kultura Indian znów zaczęła mu być bliska. Zaczynał od warsztatów prowadzonych przez szamanów ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. – Nie miały one jednak nic z dzisiejszej komercji. Prowadzili je poważni ludzi, zapraszani przez tych, którzy wcześniej mieli okazję ich poznać. – wspomina.

Na początku XXI wieku spakował plecak i ruszył do Meksyku. Zamieszkał w Teotihuacán, starożytnym mieście, którego nazwa w języku Azteków oznacza miejsce, w którym ludzie zamieniają się w bogów. Lokum miał zaledwie 200 metrów od słynnej Piramidy Księżyca. 

Taniec Słońca

Szamani pojawiali się w jego podróżach jakby znienacka. Zawsze znalazł się ktoś, kto powiedział, że zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna ciekawego szamana. Ciekawego, bo odnaleźć tych, którzy nie praktykują tylko dla pieniędzy, jest coraz trudniej. Czasem znajdował ich w środku dżungli, gdzie cywilizacja ledwo docierała, czasem w miastach, w których uchodzili za zwykłych obywateli. Lubili go, ufali mu, pokazywali, jak leczą ludzi, pozwalali mu z nimi praktykować, pomagali przejść przez kolejne rytuały.

Opowiada o Tańcu Słońca, bo i sam omal nie wziął w nim udziału. – Raz w roku Indianie spotykają się, by wziąć udział w Tańcu Słońca. Mężczyznom nakłuwa się skórę na piersiach, a kobietom na plecach. Przez otwory przewleka się rzemienie i mężczyzn przywiązuje się do Świętego Drzewa, a kobiety tańczą z przymocowanymi do pleców czaszkami bizonów. Uczestnicy wykonują rytualny taniec ku czci Słońca, a pod koniec muszą zerwać z siebie więzy. Dla wielu ten rytuał stanowi inicjację. – mówi.

Ale by w obrzędzie wziąć udział, należy najpierw dobrze się do niego przygotować. Jak? – Trzeba między innymi przejść głodówkę, a także spędzić w osamotnieniu cztery doby – opowiada nasz rozmówca. – Spróbowałem. Musiałem siedzieć w okręgu o promieniu człowieka w samej tylko bieliźnie. Nie było łatwo, zwłaszcza że temperatura w dzień dochodziła do trzydziestu stopni Celsjusza, a nocą spadała nawet do minus jednego. Nie wytrzymałem tej próby z innego powodu. Zgubiła mnie pycha. Przenosiliśmy z kilkoma Indianami ogromny pień drzewa z wystającymi konarami. W pewnym momencie jeden z nich go puścił, pozostali zrobili to samo, a ja nie. Wtedy pień się przewrócił, a jeden z konarów wbił mi się w żebra i je połamał. Mimo to poddałem się rytuałowi. Męczyłem się. Trudno mi było oddychać, ale za nic nie chciałem zrezygnować. Po dwóch dniach przyszedł do mnie szaman. Był przez cały czas jakieś dwa kilometry ode mnie. Nie musiał mnie widzieć, by wiedzieć, co się ze mną dzieje. Powiedział krótko: dość tej pychy, w tym roku nie weźmiesz udziału w Tańcu Słońca.

Nowa skóra w półtora dnia

Krzysztof Orłowski opowiada nam też historię z Peru: – Płynąłem rzeką Ukajli do zaprzyjaźnionego szamana. Podróż trwała dwa dni. Temperatura sięgała 30 stopni. Słońce prażyło, więc usiadłem na dziobie łodzi, moczyłem chusteczkę i wciąż obmywałem nią twarz. Po zmierzchu okazało się, że jest poparzona. Zacząłem puchnąć. Rankiem moja twarz była przyklejona do maty, na której spałem. Przed nami było jeszcze dwanaście godzin drogi. Kiedy wreszcie dotarliśmy do celu, podszedłem do szamana i mówię: zrób coś ze mną, cierpię. – Zjawił się ponownie po pięciu minutach. Podszedł do mnie, pogwizdał, trzy razy dmuchnął na mnie dymem, dotknął jakimś kamieniem i kazał położyć się spać. Przed nocą kurację powtórzył. Rano obudziłem się z twarzą pomarszczoną jak jabłko wyjęte z piekarnika. Znowu mnie okadził, pogwizdał, za jakiś czas czynność powtórzył, a po kolejnej nocy miałem skórę gładką  jak pupa niemowlaka. Mój znajomy lekarz powiedział, że według standardów medycyny musiałbym przeleżeć dwa tygodnie w szpitalu, w zaciemnionym pokoju, z twarzą w maściach i bandażach. Tymczasem szaman pomógł mi w zaledwie półtora dnia.

Jan od Boga

– Swego czasu miałem problemy z pęcherzykiem żółciowym. Przy wykonywaniu mi usg usłyszałem, że mam w nim niezły kamieniołom. Kiedy dostałem żółtaczki zaporowej, trafiłem do szpitala. Czekała mnie operacja. Jednak po tym jak zbito mi stan zapalny, wypisałem się. Ktoś mi wtedy powiedział, że w Brazylii jest słynny uzdrowiciel, który może mi pomóc uporać się z tą chorobą. 

Człowiek, którego mi polecono, nazywany jest Janem od Boga. Przyjeżdżają do niego ludzie z całego świata. Dziennie przyjmuje około sześciuset-siedmiuset osób. Oczywiście szaman nie robi wszystkiego sam, pomagają mu asystenci. Ja też ustawiłem się w kolejce. Kiedy w końcu stanąłem przed szamanem, powiedziałem, co mi dolega, a on odesłał mnie do jednej z sal. Wkrótce zamknięto drzwi, usłyszałem, że mam zamknąć oczy, skupić się i medytować. Poczułem w ciele dziwne drżenie. Seans wkrótce się skończył. Miałem pójść do domu i całą dobę przeleżeć w łóżku, starając się za bardzo nie ruszać, jak po operacji. No i od tamtego czasu nie mam problemu z woreczkiem.

Wielki Mały Człowiek

Jeden z szamanów, u którego praktykował pan Krzysztof, był niskiego wzrostu. A ponieważ miał ogromną moc, nasz rozmówca nazywał go Wielkim Małym Człowiekiem. Był świadkiem, jak wyleczył ośmiomiesięczne dziecko, które cztery miesiące wcześniej wypadło z hamaka i co noc płakało. – Usiedliśmy w domku, matka trzymała chłopca na kolanach. Był przewiew. Eriverto zaciągnął się fajką, zaczął uderzać chłopca po główce wachlarzem z traw, którego używa się w wielu ceremoniach, dmuchnął, a nad główką dziecka zrobił się berecik z dymu. Eliwarto śpiewał, ja czułem powiew wiatru, a berecik stał, dopóki on sam go nie zdmuchnął. Czynność powtórzył i powiedział: dziecko jest zdrowe. Faktycznie. Od tej pory ze snem nie miało problemu – wspomina nasz rozmówca.

Powrót do korzeni

Kiedyś szaman Siuksów powiedział mu: "My wiemy, kto chce się tylko bawić w Indian, a kto jest naprawdę zainteresowany naszą tradycją. Dlatego powiemy ci o sobie wszystko. Jesteśmy do siebie podobni: bo my mamy bizony, i wy macie bizony, my mamy niedźwiedzie, wy też macie niedźwiedzie, my mamy orły i wy macie orły, my mamy wilki, wy macie wilki, nawet historię mamy podobną: nas gnębiono, was też gnębiono. Ale pamiętaj, jeśli kiedykolwiek zdarzy się, że serce zacznie cię ciągnąć z powrotem do ojczyzny, nie daj możliwości dojść do głosu rozumowi. Wracaj. Ty się urodziłeś gdzie indziej po to, by właśnie stamtąd czerpać energię".

– Trudno mi o tym opowiedzieć, ale kilka lat temu miałem bardzo silne przeżycie wewnętrzne, które skierowało mnie w stronę słowiańszczyzny. Zdałem sobie sprawę, że okrążyłem świat, by poczuć, że chcę wrócić do miejsca, z którego wyruszyłem. W końcu i my mieliśmy i mamy swoich szamanów: wiedźmy, uzdrowicieli, szeptuchy. Wróciłem, bo taką miałem potrzebę. Dlaczego Podlasie? Wiedziałem, że chcę osiąść przy wschodniej granicy, bo to tereny, gdzie coś jeszcze z tradycji słowiańskich można odnaleźć. Jeździłem wzdłuż granicy, wiedząc, że jest gdzieś miejsce, które na mnie czeka i znalazłem je właśnie tutaj. Nie, to nie przypadek. Dla mnie przypadki nie istnieją. – zdradza Krzysztof Orłowski.

Mówi o sobie: człowiek w drodze. Nie lubi, gdy ktoś nazywa go szamanem. Nie chce być nazywany bioenergoterapeutą czy mistrzem reiki, na co ma zresztą dyplomy schowane na dnie szafy. – Nie lubię etykiet, bo one mnie ograniczają. Nie praktykuję szamanizmu, choć czasem zdarza się, że pomagam ludziom uzdrowić samych siebie. Praktykuję jedynie budowanie własnej przestrzeni – podkreśla.

Kamila Kolęda

Słowo Podlasia | Polub nas na Facebooku
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Słowo Podlasia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (ul. Chocimska 3A, 00-791) jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe