Ludzie stąd: Mojego ojca nazywali kułakiem

  • 06.09.2020, 09:40
  • Anna Chodyka
Ludzie stąd: Mojego ojca nazywali kułakiem
Wiesław Łuć, sekretarz bialskiego oddziału Krajowego Związku Dzieci Wojny, wspomina swojego ojca Józefa, który służył w 26. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Musiał się ukrywać, gdyż chciano go pojmać za wysadzanie pociągów w czasie II wojny światowej. Opowiada też o grabieżach band złożonych ze zbiegłych jeńców sowieckich i o kuzynach, z których jeden zginął w Katyniu, a drugi był Żołnierzem Niezłomnym.

Sekretarz bialskiego oddziału Krajowego Związku Dzieci Wojny urodził się 11 września 1944 r. w Perkowicach, w rodzinie Józefa i Janiny z Makowskich, którzy mieli 27-hektarowe gospodarstwo. Miał o 11 lat starszą siostrę Halinę. Jego ojciec Józef przyszedł na świat w 1907 r. i jako młodzieniec służył w 26. Pułku Ułanów Wielkopolskich w Baranowiczach. Zajmował się obsługą karabinów maszynowych. 28 sierpnia 1939 r. zaczął pracę jako policjant w posterunku w Janowie Podlaskim. Po agresji Niemiec na Polskę, mundurowi ewakuowali się na wschód.

Zanim odjechali każdy z nich zabrał coś, co miało mu przypominać wolną ojczyznę. Józefowi przypadła pieczęć komisariatu, którą do lat siedemdziesiątych, ukrywał nawet przed synem. Dziś stanowi cenną pamiątkę rodzinną. Wraz z innymi policjantami zatrzymał się po drodze w leśniczówce, tam z radia dowiedział się o napaści Sowietów. Gdy policjanci wyruszyli w dalszą drogę, spotkali radziecki patrol. Zaryzykowali i założyli służbowe czapki, udając, że przemieszczają się służbowo. Nie zostali zatrzymani.

Po tym zdarzeniu zdecydowali, że każdy samodzielnie będzie się starał dotrzeć do bliskich. Ojciec Wiesława pojawił się w domu, dopiero w październiku 1939 r. Był zarośnięty, obdarty i zawszony, więc rodzina ledwie go poznała. - Później opowiadał, że musiał się ukrywać, zwłaszcza przed Ukraińcami, którzy wydawali Polaków, ale nie zdradził zbyt wiele szczegółów, widocznie w czasie tułaczki wiele wycierpiał – zauważa Wiesław Łuć.

Partyzanci wysadzali pociągi 

Partyzanci najczęściej podkładali ładunki wybuchowe pod niemieckie pociągi na moście nazywanym „Metlany”, gdyż był słabiej chroniony. – Przez Perkowice przebiegała linia kolejowa Biała Podlaska – Terespol – Brześć, więc Niemcy tędy często przewozili cenne dla nich towary, w tym paliwo i broń, ale też artykuły spożywcze. W związku z tym postanowili wysadzać składy - mówi. Na drugim moście zawsze było wielu żołnierzy, którzy mieli działo i karabiny maszynowe. Mimo to, Polacy sprawdzali czy uda im się wysadzić pociąg, także i tam.

Wkrótce okupanci uznali, że partyzantom pomagają mieszkańcy Perkowic, albo to oni sami wysadzają pociągi. Józef Łuć widząc zwiększającą się liczbę żołnierzy w okolicy wsi, domyślił się, że za chwilę zacznie się łapanka, po czym ostrzegł sąsiadów, a sam ukrył się w stodole. Po niepełnej godzinie do domu Łuciów przyszli Niemcy. Spytali Janinę, gdzie jest mąż. Odpowiedziała, że pojechał po sprawunki do Białej Podlaskiej. Wtedy rozzłoszczeni gestapowcy rzucili na podwórko granat, licząc na to, że gospodarz słysząc huk, wybiegnie ratować bliskich. Ten jednak nie opuścił kryjówki.

Tego dnia okupanci zebrali kilkadziesiąt osób z całej wsi i zarządzili, iż młodzi pojadą do więzienia w Białej Podlaskiej, które mieściło się w dawnej fabryce Raabego, a starsi wrócą do domów. Zaznaczyli też, że jeżeli tej nocy nie zostanie wysadzony żaden pociąg, będzie to dla nich sygnał, iż pojmali winowajców. Z tego też powodu wszyscy ujęci zostaną na drugi dzień straceni.

Za kontyngent dawali wódkę

- Ojciec nie spał całą noc i nasłuchiwał czy pociąg zostanie wysadzony. Nagle, o godz. 2 w nocy, rozległ się huk. Ktoś podłożył ładunki wybuchowe na moście – wyjawia Wiesław Łuć. Po tym Niemcy przywieźli z powrotem mieszkańców Perkowic, kazali stanąć im w szeregu i ustawili karabiny maszynowe, jakby planowali ich rozstrzelać. Wtedy za skazanymi wstawił się niemiecki oficer nadzorujący ochronę mostu, który zapewnił, że zawsze był dobrze traktowany przez miejscowych, którzy chętnie dawali mu mleko, jajka, masło i inne produkty. Przekonywał też swych rodaków, że pewnością ludzie ci nie zajmują się sabotażem. Jeńcy zostali wypuszczeni.

- Bywało, że Niemcy zabierali zwierzęta hodowlane i mieszkańcom wsi. Konieczne było też dostarczanie kontyngentu czyli produktów rolnych, w tym zboża, mięsa, mąki. Żołnierze kolczykowali też świnie, by wiedzieć, ile kto ma trzody i móc zabrać zwierzęta, gdy urosną. W zamian dawali wódkę tzw. kontyngentówkę. Wydaje mi się, że było to robione specjalnie, żeby rozpijać naród, a dzięki temu łatwiej przekonać do swoich zarządzeń – uważa Wiesław Łuć. Przypomina też, że w pobliżu Perkowic, w Kaliłowie powstał obóz jeniecki. (...)

Cały artykuł przeczytacie w papierowym i elektronicznym wydaniu Słowa Podlasia, z 1 września

Anna Chodyka

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Słowo Podlasia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (Domaniewska 17/19/133, 02-672) jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe