Biała Podlaska: Wciąż pęka mi serce z rozpaczy

  • 01.02.2019, 12:54
  • Anna Chodyka
Biała Podlaska: Wciąż pęka mi serce z rozpaczy
Wojciecha Cieleckiego patrol wojskowy zatrzymał 2 kwietnia 1982 roku na ulicy Długiej. Zginął od kul pijanego żołnierza podczas próby ucieczki. Przedtem wojskowi przez kilka godzin znęcali się nad mężczyzną, bili go i grozili mu bronią. O okolicznościach śmierci syna i kontrowersyjnych działaniach wojska i prokuratury opowiada matka bialskiego działacza NSZZ Solidarność.

Do tragedii doszło o godz. 3 w nocy, z 1 na 2 kwietnia, na dwa tygodnie przed Wielkanocą. Minęło 36 lat, ale Jadwiga Cielecka wciąż czuje ból. - Są chwile, że mogę opowiadać wszystko dokładnie, ale niekiedy nie pamiętam jak się nazywam. Odkąd zginął wszystko jest inne – przyznaje. Jak wspomina, syn zawsze wieczorem wychodził po siostrę Małgosię na przystanek autobusowy, która o godz. 23 wracała z technikum wieczorowego. Tym razem było inaczej. – Drzwi stuknęły, więc sądziłam, że dzieci wróciły. Spokojna, że wszyscy są w domu, zasnęłam – opowiada Jadwiga. Rano miała wizytę u lekarza, więc poszła na przystanek. O śmierci syna dowiedziała się w autobusie od kuzynki. – Leżał z nogą podwiniętą pod siebie, twarzą do ziemi. Wokół była kałuża krwi. Był mocno pobity – relacjonuje. Znajomy lekarz kardiolog wyjaśnił, że Wojciech został postrzelony w aortę, stąd szybko się wykrwawił. Dlatego, nawet przyjazd pogotowia by go nie uratował. - Gówniarz podskakiwał - mieli wyznać badającej ich lekarce żołnierze, gdy zarzuciła im, popełnienie zbrodni po pijanemu. Jadwiga widziała syna kilka godzin przed śmiercią, szedł kupić słodycze, gdyż 3 kwietnia miał imieniny. Podzielił się wtedy spostrzeżeniem, że dziś "będzie czarna noc, bo wojskowi i policja kupują alkohol skrzynkami". – To chociaż nie idź nigdzie – odrzekła. Niestety, wybrał się na prywatkę. 

Zaraz po śmierci Wojtka do domu Cieleckich przyszedł oficer w stopniu porucznika. Poinformował, że będzie towarzyszył Jadwidze każdego dnia. Tak też się stało. Reżimowy opiekun zjawiał się rano, a wychodził wieczorem. Pilnował rodziny przez dwa tygodnie, aż do pogrzebu. - Zapewniał nas, że zostanie zrobiona kanalizacja na naszej ulicy oraz oświetlenie, a droga zostanie wyrównana. Dodawał też, że będzie mnie woził wojskowym samochodem, gdzie tylko będę potrzebowała. Wszystko okazało się mrzonką – wspomina matka Wojtka. Wokół domu często kręcili się też inni wojskowi. Prokurator przyjechał już pierwszego dnia po tragedii. Był nad wyraz szarmancki i składał wiele obietnic. Obiecał, że będzie obiektywny i wyjaśni sprawę do końca. – Jego zachowanie wydało mi się od początku sztuczne. Jednak jeszcze nie przewidywałam, jaka przykrość mnie z jego strony spotka – zaznacza Jadwiga. Po kilku tygodniach poszła na umówione z nim spotkanie. - Kiedy się zjawiłam, nie powiedział nawet dzień dobry. Następnie polecił, by przysłano sekretarkę i maszynę do pisania, bo "przyszła żona zabitego" - relacjonuje. Nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć, wyrzucając mu pijaństwo. Zaniepokojeni hałasem żołnierze zaprowadzili ją do lekarza. Dostała zastrzyk uspokajający.

Cały artykuł przeczytacie w aktualnym numerze i e-wydaniu Słowa Podlasia, nr 5

 

Anna Chodyka
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Słowo Podlasia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (Domaniewska 17/19/133, 02-672) jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Znajomy
Znajomy 21.02.2019, 19:37
Panie Redaktorze! Tym razem proszę o zamieszczenie poprawionej wersji mojego komentarza do artykułu o Wojtku C.Podał Pan takie informacje w artykule jakie Pan uzyskał.W tych nieścisłościach nie jest Pana wina.Również nie zamierzam w moim komentarzu nikogo bronić lub oskarżać, ale moim celem jest ukazanie prawdziwej wersji tej tragedii bo od wielu lat słyszę że Ci którzy opowiadają o tej tragedii są nie doinformowani.Trudno wymagać od rodziców sp+ Wojtka aby każdemu opowiadali o tej tragedii inaczej niż z wersji którą kiedyś usłyszeli od władz. Niżej jeszcze raz mój artykuł
a miałbym kilka uwag do treści tego artykułu.Na samym wstępie artykułu jest zdanie: "opowiada matka działacza NSZZ Solidarność" W tym zdaniu jest niścisłość -Wojtek w tamtym czasie nie należał do Solidarności.Pracował w firmie kaletniczej w Białej Podlaskiej przy ul.Prostej,a tam nie było wtedy związku zawodowego Solidarność.Wiem to dokładnie bo moja żona tam pracowała.Wojtka Cieleckiego, jego mamę i tatę znałem doskonale i oni mnie znali.Mieszkałem przy ulicy Robotniczej,również wtedy nosiłem na sobie mundur wojskowy.Następna nieścisłość (oczywiście nie z winy redaktora ) jest taka:Patrol wojskowy zatrzymał Wojtka przy ulicy Długiej i gdy Wojtek zaczął uciekać wojskowy go zastrzelił.Nie było to tak jak napisane w artykule.(Pan redaktor prawdopodobnie te informacje uzyskał od matki Wojtka , a mama została najprawdopodobniej usłyszała przebieg zdarzenia od prowadzących śledztwo)To nie był żaden patrol, było to trzech kolegów z jednostki wojskowej którzy postanowili sobie trochę ulżyć swojej psychice, i jeden z nich zaprowadził ich na popijawę do swoich teściów którzy mieszkali przy ul Robotniczej.Gdy po długiej imprezie wyszli z chałupy- po drugiej stronie ulicy pod płotem zauważyli Wojtka,wtedy jeden z nie dopitych wojskowych zażądał by Wojtek kupił im jeszcze "pół litra" .Wojtek udał się się po zakup ale gdy długi czas go nie było koledzy wojskowi prawdopodobnie doszli do wniosku że wziął pieniądze i uciekł,wstąpiła w nich wściekłość.Gdy po pewnym czasie Wojtek pokazał się na ulicy Robotniczej całą złość niedopici koledzy wojskowi wyładowali na nim.Zaczęli go szarpać, a on zaczął uciekać, to go złapali i przez cała ulicę Robotniczą prowadzili pod bronią.Na samym końcu ulicy Robotniczej znowu im uciekł i schował się w pobliskim zabudowaniu (w chlewiku).Właściciel tego zabudowania obawiając się represji ze strony wojskowych wygnał Wojtka z chlewika,a "oni" znowu go pojmali go i zaczęli prowadzić przez ulicę Długą, aż do tego tragicznego miejsca z krzyżem.Tam znowu wyrwał się z rąk oprawców i zaczął uciekać wtedy nastąpiły strzały.Nie wiem jaką wersję rodzice Wojtka czyli Pani Jadwiga i Ryszard usłyszeli od osób prowadzących śledźtwo -na pewno nie taką .Co dziennie widziałem chorążego WSW jak powracał od państwa Jadwigi Ryszarda C.Na pewno złożył im wiele obietnic które nie miały pokrycia w rzeczywistości.Myślę ze ktoś zada tu pytanie skąd znam takie szczegóły?Nie wiem czy jeszcze ktoś te szczegóły znał-możliwe.Ale ja dowiedziałem się wiele lat po tej tragedii od jednego z dawnych wojskowych- uczestnika tej tragedii
znajomy
znajomy 21.02.2019, 17:06
Ja miałbym kilka uwag do treści tego artykułu.Na samym wstępie artykułu jest zdanie: opowiada matka działacza NSZZ Solidarność-Wojtek w tamtym czasie nie należał do Solidarności.Pracował w firmie kaletniczej w Białej Podlaskiej przy ul.Prostej,a tam nie było wtedy związku zawodowego Solidarność.Wiem to dokładnie bo moja żona tam pracowała.Wojtka Cieleckiego, jego mamę i tatę znałem doskonale i oni mnie znali.Mieszkałem przy ulicy Robotniczej,również wtedy nosiłem na sobie mundur wojskowy.Następna nieścisłość jest taka:Patrol wojskowy zatrzymał Wojtka przy ulicy Długiej i gdy Wojtek zaczął uciekać wojskowy go zastrzelił.Nie było to tak jak napisane w artykule.To nie był żaden patrol,było to trzech kolegów z jednostki wojskowej którzy postanowili sobie trochę ulżyć swojej psychice, i jeden z nich zaprowadził ich na popijawę do swoich teściów którzy mieszkali przy ul Robotniczej.Gdy po długiej imprezie wyszli z chałupy po drugiej stronie ulicy pod płotem zauważyli Wojtka,wtedy jeden z wojskowych zażądał by Wojtek kupił im jeszcze "pół litra" .Wojtek udał się się po zakup ale gdy długi czas go nie było koledzy wojskowi prawdopodobnie doszli do wniosku że wziął pieniądze i uciekł,wstąpiła w nich wściekłość.Gdy po pewnym czasie Wojtek pokazał się na ulicy Robotniczej całą złość niedopici koledzy wojskowi wyładowali na nim.Zaczęli go szarpać,on zaczął uciekać to go złapali i przez cała ulicę Robotniczą prowadzili pod bronią.Na samym końcu ulicy Robotniczej znowu im uciekł i schował się w pobliskim zabudowaniu w chlewiku.Właściciel tego zabudowania obawiając się represji ze strony wojskowych wygnał Wojtka z chlewika,a "oni" znowu go pojmali i zaczęli prowadzić przez ulicę długą aż do tego tragicznego miejsca z krzyżem.Tam znowu wyrwał się z rąk oprawców i zaczął uciekać wtedy nastąpiły strzały.Nie wiem jaką wersję rodzice Wojtka czyli Pani Jadwiga i Ryszard usłyszeli od osób prowadzących śledźtwo -na pewno nie .Codziennie widziałem chorążego WSW jak powracał od państwa Jadwigi Ryszarda C.Na pewno złożył im wiele obietnic które nie miały pokrycia w rzeczywistości.Myślę ze ktoś zada tu pytanie skąd znam takie szczegóły? Dowiedziałem wiele lat po tej tragedii od jednego z jej uczestników

Pozostałe