Co jest takiego w twórczości Bazylego Albiczuka, że budzi aż tak wielkie zainteresowanie?
Ludzie po prostu kochają Bazylego Albiczuka i jego „Ogrody”. Przyjeżdżają dla niego goście z najdalszych zakątków Polski. Są tacy, którzy wracają tu po raz kolejny specjalnie dla tych obrazów, obserwujemy to np. podczas Nocy Muzeów. Myślę, że Albiczuk na tyle wyraźnie i czysto przelał na płótno swój zachwyt przyrodą, że odbiorca natychmiast współodczuwa te emocje. Zwiedzający prawdopodobnie bardzo potrzebują bliskości z naturą, której na co dzień im brakuje, a te obrazy im to dają. Dziś w Muzeum Południowego Podlasia „Ogrody” są już od pięciu lat wystawą stałą.
Spuścizna Albiczuka w zbiorach muzeum jest jednak od dawna. Jak to się stało, że to właśnie do Białej Podlaskiej trafiła większość jego dzieł?
Ogromne zasoby trafiły do nas po śmierci artysty. Za jego życia muzeum udało się zakupić trzy obrazy, a trzy, będące efektem pracy podczas pleneru malarskiego w Janowie Podlaskim w 1978 r., trafiły do nas jako dar. Natomiast po śmierci jego spuścizna trafiła do muzeum. To 25 obrazów olejnych, około 80 akwareli i rysunków, a także jego osobiste dokumenty, notatniki, wiersze, zdjęcia i pamiątki. Choć pojedyncze dzieła Albiczuka można znaleźć w innych muzeach etnograficznych, Muzeum Narodowym w Lublinie czy w kolekcjach prywatnych na zachodzie – głównie w Niemczech – to właśnie u nas znajduje się większość jego prac.

Jak wyglądał sam proces twórczy Albiczuka?
Praca malarska zajmowała mu mnóstwo czasu. Tworzył głównie jesienią i zimą. Sam deklarował w zapiskach i listach, że czas pełnego rozkwitu przyrody był jego ukochanym okresem – poświęcał go wyłącznie na kontemplację, obserwację otoczenia i prowadzenie notatek. Miał naturę melancholika, a lato było czasem, kiedy jego psychika czuła się najlepiej. Mówił wprost, że gdyby miał wtedy zasłaniać krajobraz płótnem, po prostu przestałby malować.
Przyjęło się wiązać malarstwo Albiczuka z prymitywizmem lub sztuką ludową. Słusznie?
Na pewno nie był prymitywistą ani artystą ludowym. Najlepsze słowo to „nieprofesjonalny”, ponieważ był samorodnym talentem bez wykształcenia. Samodzielnie odkrył, jak oddawać perspektywę, głębię, jak łączyć farby i operować kolorem, by był zgodny z naturą.
Z prymitywizmem może łączyć go jedno: bezwzględne mistrzostwo szczegółu. Sztuka naiwna to sztuka detalu. Dla profesjonalisty ten nadmiar szczegółów mógłby wydać się kiczowaty czy tandetny, ale u Albiczuka nie ma ani grama naiwności czy kiczowatości. To świadoma droga artysty i suma szczegółowych obserwacji natury. My na co dzień nie dostrzegamy drobiazgów, umykają nam one – a on te wszystkie detale sumiennie na obrazach utrwalał.
Czy patrząc na tę drobiazgową miłość do natury, można nazwać go po prostu ekologiem?
Zdecydowanie tak. On po prostu żył naturą, a w zapiskach wyznawał wprost, że jego malarstwo to hołd złożony przyrodzie. Uważał, że człowiek powinien mądrze korzystać z tego, co daje ziemia, tymczasem bezmyślnie ją niszczy. Malowanie było jego formą walki o ochronę środowiska. Co ciekawe, twierdził, że wypielęgnowane rośliny ogrodowe są najmniej piękne, bo łatwo je sztucznie rozmnożyć czy przesadzić. Prawdziwie fascynowały go rośliny dzikorosnące, idealnie przystosowane do swoich konkretnych ekosystemów. W jego notatkach regularnie wybrzmiewa żal i troska, że dzika przyroda, którą pamiętał z dzieciństwa, bezpowrotnie ginie, bo ludzie ograniczają ją dla własnych potrzeb.

Wspomniała Pani o kolekcjonerach z Niemiec. Albiczuk nie należy do artystów odkrytych po śmierci – on cieszył się ogromną sławą już za życia.
To prawda, ta popularność była gigantyczna. W 1965 roku pokazał swój pierwszy „Ogród” w Lublinie i od razu został dostrzeżony przez historyków sztuki oraz kolekcjonerów. Od tamtej pory jego obrazy zaczęły krążyć po wystawach w kraju i za granicą. W założeniu Albiczuk chciał stworzyć roczny cykl „Ogrodów” – zbiór obrazów dla samego siebie, który cieszyłby jego oko zimą, gdy wokół leży śnieg. To się jednak nie do końca udało, bo zasypała go lawina zamówień od prywatnych kolekcjonerów, którzy chcieli, by tworzył specjalnie dla nich. Ta popularność i masa listów, ka które starał się skrupulatnie odpisywać, go przytłaczały. Skarżył się w zapiskach, że ten nadmiar zainteresowania go ogranicza.
Zanim zyskał tę sławę, tworzył sztukę zarobkową – malarstwo makatkowe i pejzażowe. Nie czuł się w tym dobrze. Dlaczego?
Uważał twórczość komercyjną za artystyczne stoczenie się. Za swoją prawdziwą, wartościową sztukę uznawał wyłącznie cykl „Ogrody” i późniejsze prace. Żył bardzo skromnie, wręcz ubogo, i nie potrzebował podnoszenia standardu życia. Jedynym większym wydatkiem i marzeniem była budowa domu, która jednak okazała się utrapieniem pochłaniającym mnóstwo czasu. Gdyby nie ta budowa i prozaiczna konieczność przeżycia, zapewne całkowicie porzuciłby malowanie dla zarobku. Ta potrzeba tworzenia wyłącznie z wewnętrznej potrzeby była u niego silniejsza niż chęć zysku czy poklasku. Bardzo źle znosił też „dobre rady”, konsekwentnie odrzucał sugestie, by na przykład inaczej malował obłoki czy niebo. Kiedy opisywano jego twórczość, bywał niezadowolony z tych opisów, uznając, że zupełnie nie oddają jego pracy.
Twórczość Albiczuka to jednak nie tylko Ogrody, choć to one przyniosły mu sławę.
Gdy zachwyty nad „Ogrodami” były już bardzo duże, Albiczuk zaczął się w nich dosłownie dusić. Widział, że rynek i odbiorcy najchętniej zamknęliby go w tej jednej szufladzie i kazali do końca życia malować ogrody pod dyktando klientów. On tego nie chciał, pragnął wolności. Przeszedł więc do czystego pejzażu. Co ciekawe, na te naturalne krajobrazy wciąż patrzył jak na ogród – tyle że stworzony ręką samej natury, a nie człowieka.
Skoro o pejzażach mowa. Zima w twórczości Albiczuka wydaje się tematem nieoczywistym. A jednak się pojawiała.
Rzadko podejmował tematykę zimową na płótnie, choć w swoich zapiskach poświęcał jej pewne uwagi. Stworzył opisy śniegu i płatków – interesowało go, czy śnieg jest miękki, twardy, sypki czy wodnisty. W naszych zbiorach mamy jeden ogród zimowy – to prawdziwa perełka, którą artysta namalował dla siebie. Z kolei w ostatnich latach trafił do nas pejzaż zimowy, przypominający wspomniane malarstwo makatkowe na sprzedaż. Dla nas to niezwykle cenne uzupełnienie kolekcji, bo takich prac mamy niewiele.

Wróćmy do współczesności. Wspomniała Pani, że „Ogrody” Albiczuka żyją dziś własnym życiem i wychodzą poza mury muzeum. W jaki sposób promujecie jego twórczość w nowoczesny sposób?
Staramy się, aby ta sztuka była żywa i angażująca. Jeszcze przed remontem muzeum, z okazji rocznicy śmierci artysty, zorganizowaliśmy konkurs dla uczniów technikum ogrodniczego, którzy zajmują się projektowaniem zieleni. Na podstawie zwycięskiego projektu, inspirowanego obrazami malarza, przed samym muzeum powstał prawdziwy, żywy ogród. Istniał przez pewien czas i okazał się fantastyczną reklamą wystawy czasowej, która przyciągnęła mnóstwo ludzi.
Obecna wystawa stała to również nie tylko tradycyjna ekspozycja, ale też prezentacje wykorzystujące nowe technologie.
Dzięki nowym technologiom możemy dosłownie wejść w świat artysty. Wykorzystując gogle VR, zwiedzający mogą spacerować wirtualnymi alejami, wewnątrz „Ogrodów” Bazylego Albiczuka. Z kolei w kioskach multimedialnych udostępniamy te zasoby, których ze względów konserwatorskich nie moglibyśmy wystawić w tradycyjnej gablocie na stałe. Papier niszczeje od stałego światła, dlatego jego oryginalne, bezcenne notatniki czy osobiste fotografie zostały zdigitalizowane. Dzięki temu każdy może je bezpiecznie przeglądać w kiosku multimedialnym. Albiczuk wciąż zachwyca, ale dziś przemawia do nas również za pomocą nowoczesnych narzędzi.

Napisz komentarz
Komentarze