Stanisław Baj opowiada o artystycznych inspiracjach, które odnajduje w twórczości młodszych pokoleń, znaczeniu Galerii Podlaskiej oraz o tym, czego sam uczy się od innych artystów. Mówi także o odwadze w interpretowaniu sztuki, otwartości na nowe spojrzenia i również mi.in. wpływie twórczości Małgorzaty Dawidziuk oraz Moniki Tyczyńskiej na własne malarstwo.
Gleba, z której się wyrasta
- Kształtowali mnie ludzie najbliżsi, ale też przyroda i miejsce. Takie zakorzenienie, gleba, z której się pochodzi. Wieś, dzieciństwo i młodość. Przede wszystkim jednak najbliżsi ludzie, moi sąsiedzi, moja mama, ojciec i rodzona siostra. To mnie kształtowało - mówi malarz i profesor na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie Stanisław Baj.
Co odziedziczył po rodzicach? - Po ojcu momentami jestem spokojny, aż za spokojny. Mama była bardziej impulsywna, nerwowa, a ja momentami również jestem bardzo nerwowy. Przede wszystkim jednak bardzo ważny był w naszym domu etos pracy. Ważne było też coś, co jest w człowieku najbardziej czułe, czasami schowane, a czasami nie – ludzka godność. Godność była w domu na pierwszym miejscu. O tym się nie mówiło, ale to było obecne - wskazuje Stanisław Baj.
Do domu Bajów na wieczorki, na tak zwane posiady, przychodzili bardzo różni ludzie. Mówili po chachłacku, po polsku. Zatrzymywali się u nich także różnego rodzaju wędrowcy ze świata, bywali w ich domu, czasami nawet mieszkali. Jeszcze w jego dzieciństwie zdarzało się, że starsze kobiety, które nie miały gdzie się na zimę przytulić, nocowały u nich przez dwa czy trzy miesiące.
- To mnie ukształtowało. Tolerancja jest tutaj bardzo złym słowem. Chodzi raczej o pewne uczucie, może nawet miłość do każdego człowieka takim, jakim jest. Bo jaki człowiek jest naprawdę, tego i tak nigdy się nie wie. Człowiek nawet siebie nie zna do końca, a co dopiero drugiego człowieka. Ważna jest jednak próba zrozumienia i szacunek. Nawet najprostszy człowiek, nawet odrzucony przez innych, ma swoją wewnętrzną godność i wartość. Dom mi to pokazał. Moi rodzice dali mi pod tym względem najwięcej - zaznacza artysta.
Przyznaje, że nie jest z tego względu idealny, zdarzało mu się popełnić wiele różnych błędów w życiu. Nie zawsze potrafi wyciągnąć z nich odpowiednią naukę czy wnioski, ale takie odwołanie zawsze gdzieś mu towarzyszy. - Czasami człowiek jest nerwowy i nawet słowami potrafi kogoś raptownie skrzywdzić. Później jednak przychodzi refleksja i wraca to, o czym mówiłem – godność drugiego człowieka ponad wszystko - zaznacza malarz.

Tęsknota za porządkiem dawnych Dołhobród
Mówi też o tęsknocie za dawnymi Dołhobrodami. - To tęsknota za pewnym porządkiem, ale tęsknota romantyczna, ponieważ ten porządek nieodwołalnie zniknął. Był to porządek związany z pracą, czyli pracą w polu, i z niedzielą, czyli świętem i świętowaniem. Niezwykle ważne były rytuały towarzyszące różnym okazjom. Nazywały pewne czynności, obłaskawiały je, a nawet uświęcały. Rytuał jest jedną z tych czynności, które uświęcają nasze bytowanie, nasz los - zauważa Stanisław Baj.
Dodaje, że człowiek uczy się przez całe życie, ale najwięcej w trudnych momentach. - Te łatwe są bardzo piękne, bo człowiek zachwyca się światem. To, że wstaje dzień, jest właściwie cudem – cudem przebudzenia dnia, jego zmartwychwstania. To jest przepiękne.
Jednak trudne momenty uczą najbardziej, szczególnie wtedy, kiedy człowiek potrafi się z nich w jakiś sposób wydostać i przetrwać. Takim momentem była śmierć ojca. Po jego śmierci nadszedł bardzo trudny czas. Byłem po studiach artystycznych, zajmowałem się malarstwem, a wyżyć z tego nie było można - opowiada twórca.
Bardzo pomógł mu wtedy ojciec Pacyfik, późniejszy biskup Antoni Pacyfik Dydycz, poprzez różne zamówienia. - Malowało się wtedy na lewo i prawo, także dla wojska. Trzeba było jakoś przetrwać. Pomogli mi jednak przede wszystkim ludzie. Ja też coś sobie zawdzięczam, bo przecież malowałem, ale głównie byli to ludzie - podkreśla.
Artysta naprawdę bardzo lubi ludzi. Lubi niespodziankę, jaką niosą spotkania z nimi. Nie zawsze kończy się ona miło, ale bywają sytuacje, kiedy relacja bardzo pięknie się rozwija i pojawia się piękne zaskoczenie. Czasami tworzy się pewien proces, pojawia się głęboka, prawdziwa ludzka intymność. - Są rozmowy na niebanalne tematy, ktoś się czymś dzieli. Lubię słuchać. To jest wspaniałe i właściwie głównie to mnie tworzy - wskazuje.

Najwięcej uczą trudne momenty
Przyznaje, że ludzie potrafią też pomagać w chorobie, żeby było raźniej, żeby łatwiej było przetrwać, podobnie jak w innych trudnych momentach. - W ostatnich latach miałem dużo wystaw i pojawiło się zainteresowanie moimi obrazami. Jeśli chodzi o organizację tego wszystkiego, sobie samemu zawdzięczam niewiele. Oczywiście potrzebna jest praca, trzeba te obrazy po prostu wykonać, ale przede wszystkim są ludzie. Jest kilka osób, dzięki którym to wszystko się dzieje - podkreśla Stanisław Baj.
Ma ogromną wdzięczność do ludzi, również do tych dawnych, których pamięta z dzieciństwa. - Wdzięczność jest dla mnie bardzo ważnym słowem i określeniem. Być wdzięcznym – to jest bardzo ważne - zaznacza.
Codziennie ma chwile, kiedy myśli o porzuceniu malarstwa. - Myślę czasami, żeby to wszystko porzucić, bo cały czas pojawia się niezadowolenie. Nie chodzi o takie zwyczajne marudzenie. Kiedy się maluje, ma się pewne wyobrażenie. Jest bardzo piękny moment, kiedy obraz zaczyna podpowiadać różnego rodzaju ciekawe rozwiązania już w trakcie malowania, kiedy początkowy plan się zmienia. To jest fantastyczna sprawa. Takie drążenie w materii jest czymś bardzo pięknym - zdradza Stanisław Baj.
Zdarza się jednak, że po jakimś czasie, kiedy ogląda to, co namalował, pojawia się jednak zniechęcenie i niewiara. Wtedy oczywiście przychodzą myśli, że może należałoby dać sobie z tym spokój. - Mija jednak nawet krótki czas i człowiek myśli: jeszcze, jeszcze raz. Mam w sobie pewną zawziętość, żeby jednak się z tym zmierzyć, jeszcze raz spróbować, nie odpuszczać i przede wszystkim się nie poddawać. Mam taki charakter. Czasami wydaje się już, że właściwie wszystko jest na straty, ale chłopski upór decyduje o tym, że ta iskra potrafi w obrazie wzniecić bardzo duży ogień, duży płomień. I to są cudowne momenty - przyznaje Stanisław Baj.
Wskazuje, że w ogóle sztuka, pisanie, muzykowanie, tworzenie są piękne dlatego, że czasami z bardzo nikłego momentu, z czegoś o bardzo nikłej wartości potrafi zaświecić wspaniałe światło, wspaniały płomień.

Czym jest sukces artystyczny?
Wyjaśnia, też czym jest dla niego sukces artystyczny. - Czy jest nim liczba wystaw? Nie. Czy jest nim cena sprzedanych obrazów? Też nie. Dla mnie sukcesem artystycznym jest moment, kiedy dowiaduję się od kogoś innego, tak jak od Wiesława Myśliwskiego, jak odbiera moje malowanie, moją sztukę. Kiedy on pisał tekst od siebie, odkrywał przede mną swoje widzenie, a jednocześnie również moją sztukę. Sukcesem jest dla mnie to, że jej odczytanie nie ogranicza się tylko do tego, jak ja ją widzę, ale otwiera większą przestrzeń, okazuje się pojemne i wieloznaczne, o którym piszą różni autorzy. To, co maluję, moja sztuka, moje malarstwo ma głębsze znaczenie – jeśli można mówić o sukcesie artystycznym, to właśnie w takim sensie - wyjaśnia Stanisław Baj.
Jest wielu autorów, którzy pisali o jego malarstwie. - To m.in. Anna Wachta – naprawdę niezwykła. Wiesław Myśliwski, który już ładnych parę lat temu napisał bardzo piękny tekst o moim malowaniu. Wojciech Bonowicz, znakomity poeta związany z „Tygodnikiem Powszechnym”. Stanisław Kalina Jaglarz, Jacek Dehnel, który również napisał bardzo piękny tekst, Jerzy Wojciechowski, który współtworzył Galerię Atak, Krzysztof Musiał, Grzegorz Józefczuk z Lublina, ostatnio Maciej Mazurek i kilku innych. Cała plejada bardzo ciekawych postaci. Jak na mnie to naprawdę bardzo dużo ludzi. Nie wiem, czy aż tak na to zasłużyłem - przyznaje Stanisław Baj.
Z upływem lat najważniejszy jest dla niego drugi człowiek. - Ważne jest też życie tu i teraz, zachwyt nad tym, że wszystko w jakiś cudowny sposób się dzieje. Poranek, to, że dzień wstaje, że człowiek się obudził, że jest w tym świecie. Trzeba się z tego cieszyć i być wdzięcznym Panu Bogu, że to wszystko jest - zaznacza artysta.
Dodaje, że jest wdzięczny, że tak mu się wszystko w życiu ułożyło i układa, łącznie ze wszystkimi przeciwnościami i kłopotami, które również w jakiś sposób budują, ma nadzieję, że w głąb. - Mam wspaniałego syna, wspaniałą synową i wspaniałego wnuczka. Są też Nina i Nadia, zaprzyjaźnione wnuczki. One traktują mnie jak swojego kochanego wujka, a ja w uproszczeniu mówię o nich „wnuczki”. Rozmawiamy codziennie, na przykład o literaturze. Nina jest niezwykłą pasjonatką czytania książek, zwłaszcza literatury młodzieżowej, mimo że nie ma jeszcze osiemnastu lat. To dosłownie pasja. Codziennie pisze mi różne rzeczy o interpretacjach powieści, zarówno młodzieżowych, jak i tych dla dorosłych - mówi Stanisław Baj.

Ludzie, którym jest wdzięczny
W jego życiu ważni są też studenci na Akademii Sztuk Pięknych. - To dopiero niesamowita grupa. To naprawdę bardzo piękni ludzie. Każdy ma swój piękny świat. Dlatego do tej pory jestem w Akademii Sztuk Pięknych, jeszcze mnie tam chcą. Jeżdżę tam raz w tygodniu właśnie ze względu na młodych ludzi. Każdy z nich jest bardzo ciekawy - zaznacza.
Artysta przyznaje, że otacza go mnóstwo niezwykłych ludzi. - To m.in. Jerzy Illg, szef wydawnictwa Znak, Grażyna Barszczewska, Adam Strug, który podczas mojej wystawy zaśpiewa swoje niezwykłe pieśni swoim wyjątkowym, ponadczasowym głosem. Wystawę w Kartuzach, w Galerii Wirydarz, będę miał 19 września, jeszcze przed wystawą warszawską - zapowiada.
Istotna jest też Biała Podlaska, i środowisko kulturalne tego miasta. - Rafał Izbicki, dyrektor Muzeum Południowego Podlasia to niezwykła postać. Ważne są też Ania Doroszuk i Ola Czapska, które teraz w szczególny sposób zajmują się moją twórczością. Jest mój asystent dr Aleksander Ryszka, który pracuje razem ze mną w Akademii na Wydziale Malarstwa, a niedawno został również dyrektorem Muzeum Józefa Wilkonia w Piasecznie. Jest tylu pięknych ludzi, że aż czasu nie starcza, żeby ze wszystkimi często się spotykać - przyznaje. – Jednak niedawno udało się spotkać z wybitnym i pięknym poetą Jarosławem Mikołajewskim – dodaje artysta.
Zaznacza, że odzywają się do niego jego dawni dyplomanci. - Mam kilka takich osób, głównie dziewczyn, bo taka jest uczelnia, które przypominają się nawet po wielu latach. Mam z nimi naprawdę piękne relacje. Bardzo to sobie cenię, bo okazuje się, że kiedy byliśmy w relacji studentka–profesor i rozmawialiśmy o sztuce, o jej głębi, to właśnie było najważniejsze i procentuje przez całe życie. Nie wstydzą się teraz wiekowego profesora i wracają do tych rozmów. Widocznie to zaszczepienie czegoś wtedy jednak nastąpiło - przyznaje.
Na podstawie tego, że wracają i chcą mieć z nim kontakt, śmie sądzić, że byli w ciekawej i prawdziwej relacji. - To jest ważne – ciekawej i prawdziwej. Ich powroty są tego dowodem - zaznacza.
Niedługo do Stanisława Baja przyjeżdża jego dyplomant Hubert Dolinkiewicz ze swoim kolegą, również artystą. - Hubert jest wspaniałym malarzem i zamarzył sobie, żebyśmy mieli razem wystawę w przyszłym roku w Szamotułach, gdzie znajduje się wspaniały zbiór ikon, podobnie jak w Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej. Od września mamy omawiać wystawę planowaną na przyszły rok - opowiada Stanisław Baj.
Przyznaje, że to jest piękne, kiedy młody człowiek chce mieć wystawę razem ze “starym profesorem”. - To jest dla mnie miara tej relacji. Sam nie mogę jej nazwać ani powiedzieć, jaka ona jest. To przychodzi z drugiej strony i właśnie o niej świadczy. Dlatego ośmieliłem się o tym opowiedzieć - zdradza.

Galeria Podlaska jest ważna
Nie ukrywa, że ważna jest też w jego twórczości Galeria Podlaska w Białej Podlaskiej. - Pracował tam Adam Korszun, który czasami podpowiadał, kogo jeszcze można byłoby wystawić. Dzięki temu mogłem też przypomnieć sobie o różnych artystach. Jedną z takich osób jest Małgorzata Dawidziuk, pochodząca spod Wisznic. Maluje naprawdę niezwykłe, sparafrazowane za pomocą malarstwa ikony. Inną, inspirującą osobą jest Monika Tyczyńska, którą przypomniał mi Adam Korszun, ponieważ się z nią przyjaźni. Ostatnio bardzo mnie zainspirowała swoimi wnętrzami. Monika malowała gotyckie wnętrza i teraz bardzo mi się to przydaje przy malowaniu rzeki Bug. Takie przypomnienia przychodzą właśnie za sprawą Galerii Podlaskiej - wyjaśnia.
Dodaje, że twórczość jaką reprezentują Małgorzata Dawidziuk i Monika Tyczyńska chodzi mu teraz po głowie, kiedy maluje rzekę Bug. - To młode osoby, ale znowu bardzo ważne okazują się miejsce i ludzie. Tutaj, na tym terenie, mogłem sobie o nich przypomnieć. Ważne jest też to, że dzieje się to w Białej Podlaskiej. Nie trzeba szukać gdzieś daleko w świecie i nie bierze się to przypadkowo - zauważa.
W przypadku twórczości Małgorzaty Dawidziuk inspiruje go cała forma plastyczna, sposób malowania, ale przede wszystkim sposób interpretowania ikony. - Interpretuje ją po swojemu. Jerzy Nowosielski zrobił wiele, a ona zrobiła to jeszcze inaczej. Te nimby, które tworzy niemal jak płaskorzeźby, połączone z rozmalowanymi elementami, są czymś bardzo nowatorskim. Kiedy maluję, mam przed oczami jej obrazy. Myślę, że przez swoją artystyczną odwagę ona również mnie ośmiela - zaznacza.
Wskazuje, że Monika Tyczyńska z kolei niezwykle zinterpretowała w tkaninie wnętrze gotyckie. - Niby jest to rzecz stała, a jednak dzięki temu, pracując nad rzeką, również mogę sięgać do dawnego malarstwa czy różnych wnętrz. To wszystko jest dla mnie pewnym ośmieleniem - zauważa.
To dwa przykłady, choć inspiracji jest w życiu Stanisława Baja znacznie więcej. - Akurat te dwie artystki są dla mnie bardzo ważne w ostatnich miesiącach czy nawet w ostatnich kilku latach. Można o tym wiele mówić, ale tutaj mamy konkrety. Zinterpretowanie wnętrza gotyckiego i przedstawienie jego formy plastycznej na płaskiej powierzchni nie jest łatwe. Podobnie jest z interpretacją ikony. To niezwykle trudne, kiedy mamy do czynienia z kanonem mającym prawie dwa tysiące lat - podkreśla artysta.
W obu przypadkach ważne jest dla niego także średniowiecze, gotyk i związana z nimi tajemnica. - Często tworzący w średniowieczu byli bezimiennymi artystami. Była to sztuka dla idei i nie było ważne, kto ją stworzył. Podobnie jest z ikoną. Często nie znamy artystów, którzy pisali ikony. Te dwie wartości są dla mnie istotne: gotyk w przypadku Moniki Tyczyńskiej i ikona w przypadku Małgorzaty Dawidziuk. To właśnie inspiracje płynące od młodych artystów - przyznaje Stanisław Baj.
W tym roku miał również studentkę, która interpretowała rzekę Narew. - Od młodych ludzi bardzo dużo się uczę. Nawet na podstawie tych przykładów mogę powiedzieć, że czasami uczę się od nich więcej niż z historii sztuki, ponieważ są to konkretne interpretacje - zaznacza.
- Tak jak Wiesław Myśliwski odpowiednio interpretował moje malarstwo, tak ja teraz, korzystając z tego sposobu myślenia o interpretacji, staram się twórczo interpretować prace innych. I okazuje się, że nie trzeba szukać daleko – można to znaleźć w Białej Podlaskiej - zauważa artysta.
Wskazuje, że trzeba tylko starać się takie rzeczy zobaczyć, mieć odwagę patrzeć i nie mieć zasłoniętych oczu. - Trzeba być na to otwartym. Nie wiem, czy sam jestem otwarty, ale wydaje mi się, że czasami potrafię z pewną naiwnością, nawet naiwnością dziecka, spojrzeć na coś w sposób otwarty. Tak właśnie patrzę na te m.in. dwa przykłady związane z Galerią Podlaską - podsumowuje Stanisław Baj.



Napisz komentarz
Komentarze