Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 29 kwietnia 2024 16:09
Reklama
Reklama Baner reklamowy - warsztat samochodowy - pogotowie

Każdy dźwięk syreny to ludzki głos [ZDJĘCIA]

Na co dzień walczą z żywiołem, który nieraz na ich oczach pochłonął ludzkie życie i mienie. Angażują się w akcje społeczne, sami też je inicjują. 4 maja mają swoje święto, a dodatkowo w tym roku obchodzą 100-lecie istnienia jednostki. Mowa o OSP Swory, najstarszej jednostce w gminie Biała Podlaska.
Każdy dźwięk syreny to ludzki głos [ZDJĘCIA]

Autor: Paulina Chodyka-Łukaszuk

4 maja przypada Międzynarodowy Dzień Strażaka. Z tej okazji, jak i tegorocznego 100. jubileuszu powstania jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej w Sworach postanowiliśmy przybliżyć pokrótce jej historię słowami druhów, którzy związali z nią całe swoje życie.

Pierwszym prezesem OSP Swory był Antoni Górski, a naczelnikiem Bolesław Skulimowski. W 1927 roku powstała wymarzona strażnica jednostki, zbudowana w czynie społecznym.  Kolejnej doczekali się już po zakończeniu II wojny światowej w 1948 roku. W 1966 jednostce nadano sztandar, a w 1997 r. OSP Swory została wpisana do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego. Obecnie prezesem jest Dariusz Gromadzki. (...)

Prezes mówi też o swoich początkach w szeregach OSP Swory. – Mieszkałem niedaleko remizy, więc moje życie od małego było związane ze strażą pożarną. Zaczynałem od udziału w szkoleniach i zawodach sportowo-pożarniczych. Później brałem udział w akcjach, awansowałem na kolejne stanowiska, a dziś pełnię funkcję prezesa – mówi Dariusz Gromadzki.

Jednym z najbardziej doświadczonych członków jednostki OSP Swory jest Zbigniew Łochina, który przez wiele lat piastował stanowisko prezesa, a obecnie jest wiceprezesem i zastępcą przewodniczącego gminnego związku OSP. – Moje początki w straży tak naprawdę zaczęły się w momencie, kiedy zacząłem chodzić. Niegdyś remiza strażacka była oddalona od mojego mieszkania zaledwie 100 metrów. Jako mały chłopak, za każdym razem jak zawyła syrena wybiegałem i podpatrywałem jak strażacy, w tym mój ojciec, przygotowują się do wyjazdu na akcję. Po powrocie cieszyłem się, jak mogłem umyć węże strażackie. Lubiłem też słuchać opowieści rodziców, że kiedyś do pożarów strażacy wyjeżdżali wozami zaprzężonymi w konie. Zwierzęta były tak nauczone, że jak tylko usłyszały syrenę, przybiegały pod remizę i czekały już przy wozie  – opowiada Zbigniew Łochina. (...)

Cały artykuł przeczytacie w papierowym i elektronicznym wydaniu Słowa Podlasia z 4 maja



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
News will be here
Reklama