- Największe wrażenie zrobiły na mnie wodospady – ich rozmiar i długość. Po wyjściu z hotelu na pierwszym skrzyżowaniu zobaczyłem oznaczenia Argentyny i Paragwaju. Zastanawiałem się, gdzie właściwie jestem. Zapytałem w hotelu, dlaczego tak jest, i dowiedziałem się, że w pobliżu przebiega granica z Paragwajem i Argentyną. Zapytałem więc, jak dostać się do Paragwaju. Pracownik hotelu zaproponował, że zamówi mi taksówkę. Poprosiłem o kierowcę mówiącego po angielsku. Taksówkarz przyjechał po godzinie, zawiózł mnie do Paragwaju i zostawił w umówionym miejscu. Wieczorem przyjechał po nas ponownie - opowiada Wally Kulaka, fotograf i podróżnik, pochodzący z Międzyrzeca Podlaskiego.
Próba kradzieży i niezapomniany sylwester
Dodaje, że ciekawostką było to, że po stronie brazylijskiej, gdzie dotarł, praktycznie niczego nie było, natomiast po stronie paragwajskiej znajdowało się mnóstwo domów i punktów handlowych. Wynikało to z różnicy cen. - Brazylijczycy jeździli do Paragwaju na zakupy. Było tam również mnóstwo taksówek motocyklowych. Ktoś przyjeżdżał, robił zakupy, a następnie motocyklem wracał do Brazylii. W Paragwaju spędziłem prawie cały dzień, w jednym przygranicznym mieście. Po jednej stronie granicy było miasto i handel, a po drugiej praktycznie nic, ponieważ ze względu na różnicę cen nie było potrzeby przywożenia towarów z Brazylii - mówi Wally Kulaka.
Później przyszedł czas na sylwestra na Copacabanie. - Umówiłem się z taksówkarzem, który przywiózł mnie najbliżej miejsca, do którego można było jeszcze dojechać. Było to około 500 metrów od plaży i głównej drogi wyłożonej charakterystycznymi biało-czarnymi kamieniami. Towarzyszyły mi dwie panie – matka z córką. Wcześniej zabroniłem im pić cokolwiek, ponieważ znalezienie toalety w takim tłumie mogło być problemem, a nawet gdyby udało się ją znaleźć, później trudno byłoby odnaleźć pozostałych - opowiada podróżnik.
Plaża była pełna ludzi. Brazylijczycy obchodzili również swoje święto. - Większość z nich była ubrana na biało. Przychodzili z kwiatami, które rzucali do wody. Kopali też dołki w piasku, zapalali w nich świeczki i układali dookoła kwiaty, oddając w ten sposób hołd. Było to związane z uczczeniem bogini wody - przekazuje.
Później przeczytał, że na plaży znajdowało się około 2,5 miliona ludzi. Była tam również scena muzyczna. - Doszedłem tak daleko, jak tylko mogłem, ale mimo że znajdowałem się około 500 metrów od sceny, nie byłem nawet w stanie rozpoznać, czy występuje na niej mężczyzna, czy kobieta. Dalej po prostu nie można było się przedostać - przyznaje.
Podczas pobytu na plaży w Brazylii zdarzyła mu się również jedyna w życiu próba kradzieży. - Wiedziałem, że może być tam niebezpiecznie, dlatego nie zabrałem profesjonalnego sprzętu, tylko prosty aparat. Zawsze owijam pasek aparatu wokół ręki, niezależnie od tego, czy korzystam ze sprzętu zawodowego, czy prostszego. Nawet jeśli ktoś człowieka potrąci i aparat wypadnie z ręki, pozostanie na pasku. Jakiś młody chłopak, biegnąc, szarpnął za mój aparat, ale byłem zabezpieczony. Nie udało mu się go zabrać i natychmiast zniknął w tłumie. To jedyny raz w życiu, kiedy ktoś próbował mnie okraść - zaznacza podróżnik.
- O północy zobaczyłem najpiękniejszy pokaz sztucznych ogni w swoim życiu. Już wcześniej widziałem podpływające statki turystyczne. W zatoce znajdowało się pięć barek, z których prowadzono zsynchronizowany pokaz. Cała zatoka była w ogniu. Można znaleźć na YouTube nagrania z sylwestra na Copacabanie, ale żaden aparat ani film nie jest w stanie oddać tego, jak wyglądało to na żywo. Człowiek widzi wszystko trójwymiarowo, a zdjęcie czy film pozostają dwuwymiarowe. To było piękne - podkreśla.
Z modelką jest trudniej
Później wrócił do Chicago. Z całej podróży przywiózł ponad sześć tysięcy zdjęć. Ich obróbka była ogromnym przedsięwzięciem i zajęła dużo czasu. - Fotografia cyfrowa ma zarówno plusy, jak i minusy. W przypadku fotografowania wesel łatwiej było mi wcześniej pracować na filmie. W poniedziałek zanosiłem filmy do laboratorium i później miałem wolny czas. Przy fotografii cyfrowej po zakończeniu wesela zaczyna się obróbka zdjęć, która zajmuje dwa lub trzy dni, a czasami nawet dłużej - wyjaśnia Wally Kulaka.
Raz trafiła mu się panna młoda, która miała bardzo silny tik oczu. Nawet makijażystka nie była w stanie jej pomalować i poprosiła, żeby zrobiła to sama. - Wiedząc o tym, podczas fotografowania wykonywałem po kilka zdjęć tej samej sytuacji. Później każde zdjęcie musiałem powiększać i sprawdzać, czy w danym momencie miała oczy otwarte, czy zamknięte. Obróbka takiego wesela trwała prawdopodobnie o jeden dzień dłużej - przyznaje fotograf.
Fotografia cyfrowa jest więc wygodna, ale często nieprzewidywalna. - Dlatego fotografowie sprawdzają wykonane zdjęcia. Film opiera się na świetle padającym, natomiast fotografia cyfrowa na świetle odbitym. Wystarczy przesunąć aparat, żeby uzyskać zupełnie inne kolory. Bardzo trudne jest również fotografowanie pod światło bez dodatkowego doświetlenia. Potrzebny jest wtedy flesz i silne doświetlenie, mocniejsze od światła znajdującego się za fotografowanym obiektem. Można to jednak również wykorzystywać do uzyskiwania specjalnych efektów - tłumaczy.
Mógłby całymi dniami i nocami opowiadać o weselach i podróżach. - Każda podróż jest inna, każdy kraj jest inny i wszędzie spotyka się inne obyczaje. Nie byłem jednak jeszcze w kraju, o jakich czasami się opowiada, gdzie wódz plemienia miałby oddawać przybyszowi córkę na noc. Nie bardzo wierzę, że takie zwyczaje rzeczywiście istnieją - wskazuje.
Jego zdaniem, podróże są piękne i fotografia jest piękna. - Bardzo lubię fotografię czarno-białą, wręcz ją uwielbiam. Fotografia kolorowa jest łatwiejsza w przekazie, natomiast w czarno-białej trzeba za pomocą niewielkiej liczby elementów przekazać dużo treści. Chodzi o to, aby czarno-biała fotografia tworzyła obraz, który przemawia do odbiorcy. Do tego potrzebne są większa wiedza, doświadczenie, umiejętności, a czasami również wyczucie - zaznacza.
Przypomniał sytuację, kiedy przyjmowano go do amerykańskiego studia. - Usłyszałem wtedy, że nie mam jeszcze odpowiednich zdjęć, ale nauczę się je robić, ponieważ mam oko. Są fotografowie, którzy czują obraz, ale są też ludzie, którzy czują fotografa. Miałem do czynienia z osobą, której wystarczyło robić zdjęcie, a ona odwracała się w stronę aparatu i uśmiechała. Praktycznie każde zdjęcie tak wychodziło - opowiada.
Najtrudniej pracowało mu się z kobietami, szczególnie pannami młodymi, które miały pewne doświadczenia w modelingu. - Uważały, że wiedzą lepiej, jak stanąć i co robić przed obiektywem, przez co próbowały kierować fotografem, nie wiedząc, jaki efekt chciałem w danym momencie osiągnąć. Raz pracowałem również z modelem, ale z nim współpraca układała się dobrze. Nie pamiętam, jakiej był narodowości. Był dość ciemnej karnacji i pomagał mi ustawiać fotografowaną osobę, robiąc to rozsądnie. Nie przeszkadzał i nie wybijał mnie z rytmu. Było widać, że rzeczywiście pracował jako model - mówi Wally Kulaka.
Największym problemem były osoby, które miały niewielkie doświadczenie w modelingu i uważały, że już wiedzą, jak należy pozować. - Wpływało to na całą pracę. Zamiast mieć pewność podczas wykonywania zdjęcia, zaczynałem za dużo się zastanawiać, czy dana osoba uzna ustawienie za właściwe i jak je odbierze. W efekcie więcej uwagi poświęcałem temu, żeby ją zadowolić, zamiast temu, żeby zdjęcie było takie, jakie według mnie powinno być - przyznaje.

Napisz komentarz
Komentarze