Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 9 maja 2026 17:07
Reklama
Reklama
Reklama

Półtora roku w podróży po całym świecie

Półtora roku w podróży po całym świecie

Z dnia na dzień rzucili pracę i zdecydowali się na podróż przez świat. Decyzja nie była łatwa, jednak chcieli zmienić coś w swoim życiu i odpocząć od pracy, która nie pozwalała w pełni korzystać im z życia. W efekcie Marta i Tomaszu Kapica opuścili dom i pracę aż na 17 miesięcy.

Skąd właściwie wziął się pomysł na tak dużą i nietypową wycieczkę po całym świecie? – Pracowaliśmy w dużych firmach w Warszawie i w pewnym momencie stwierdziliśmy, że właściwie nie mamy zupełnie dla siebie czasu. Wracaliśmy późno do domu, a ja miałam dużo pracujących weekendów. Musieliśmy coś zmienić – opowiada Marta Kapica, która pochodzi z Białej Podlaskiej. – Zdecydowaliśmy się na wyjazd, bo taki pomysł kręcił nam się po głowie już od jakiegoś czasu. Czytaliśmy różne blogi podróżnicze oraz książki, ale tak naprawdę dopiero w styczniu 2015 roku przybiliśmy sobie piątkę i zdecydowaliśmy, że pojedziemy. Wyjechaliśmy w październiku.

Świeża krew

Przygotowanie do tak długiej i wyczerpującej podróży nie było łatwe. Musieli pozamykać tematy zawodowe, ale również przemyśleć wszystkie plusy i minusy takiej decyzji. Argumentów przeciw było dużo: pieniądze, rodzina, obawa przed niebezpieczeństwem podczas wyjazdu.

– Zdecydowanie się na tak długą podróż było trudne. Nie stwierdziliśmy ot tak sobie, że pojedziemy dookoła świata. Debatowaliśmy o tym kilka miesięcy. Przede wszystkim chcieliśmy coś zrobić, żeby mieć więcej czasu dla siebie i w życiu. Wychodziliśmy do pracy o siódmej, a wracaliśmy o dziewiętnastej. Choć oczywiście pracowaliśmy jak każdy inny, nie byliśmy wyjątkami – wspomina Tomasz Kapica.

Wyruszyli jedynie z... dwoma plecakami, które ważyły około 10 i 12 kg. Na początku planowali wyjechać na 10 miesięcy. Jednak już w trakcie podróży, gdy zobaczyli, że w niektórych krajach koszty, jakie musieli ponieść, były o wiele niższe od zakładanych, zdecydowali się przedłużyć swoją podróż aż do 17 miesięcy.

Pierwszym przystankiem była Europa, ale był to bardziej przystanek "transferowy". Pierwszym właściwym punktem była Azja. 

Łyk piwa dla ziemi

W Indiach w zasadzie ciągle byli osaczeni przez ludzi. Czuć było, że są obserwowani. Ciągle ktoś ich dotykał, przepychał się. Zaskoczyła ich mieszanka różnych religii. – W Azji właściwie wszędzie dominował hinduizm, ale w części południowej już buddyzm. Z kolei w Indonezji byli muzułmanie, którzy jednak okazali się bardzo przyjaźni – opowiada Tomek.

Religia przewijała się zresztą przez całą podróż. Na przykład w Ameryce Południowej katolicyzm mieszał się z pradawnymi religiami. – Tam istnieje tzw. Matka Ziemia, której mieszkańcy oddają hołd. Gdy piją piwo, to pierwszy łyk wylewają na ziemię jako dar dla niej. Jednocześnie jest wiele tradycyjnych religii. Tam jest pełno kościołów, ale wszystko się ze sobą miesza – mówi Marta.

Krew bryzgała wszędzie

Ciekawym przystankiem były Filipiny. Stwierdzili, że z Tajlandii mają tam bardzo blisko. Dzięki tej decyzji zobaczyli kilka bardzo oryginalnych tradycji wielkanocnych, m.in. procesje, w czasie których ludzie przybijają się do krzyża. Na Filipinach zostali ciepło przyjęci przez pewną dziewczynę, która zaprosiła ich do swojego domu. Zostali tam ugoszczeni, a potem ona zabrała ich na procesję i wyjaśniła, jak to wszystko funkcjonuje.

– Zobaczyliśmy tłumy biczujących się mężczyzn, którzy mieli głowy okryte szmatami, żeby zachować anonimowość. Na głowach mieli kłujące wieńce i smagali się biczami. Wcześniej specjalne osoby nacinały im plecy szczotkami z nabitymi żyletkami, żeby krew mocniej bryzgała – opowiada Tomek. – Brat dziewczyny, u której mieszkaliśmy, ostrzegał mnie, żebym założyła czarną koszulkę, bo inaczej zabrudzimy sobie nasze ubrania i ciężko będzie je odeprać. Myśleliśmy, że to ściema. A później, jak szliśmy w procesji, krew bryzgała praktycznie wszędzie. Musieliśmy wszystko wyprać – dodaje Marta.

Brązowa woda i tysiące flamingów

Sercem Marty zawładnęło południe Argentyny i Chile. Niestety, była to najdroższa część wycieczki, bo koszty życia i podróżowania były tam bardzo wysokie. Warto było jednak się tam wybrać chociażby ze względu na widoki, np. w Patagonii. – Wszystkie kolory nieba, lagun, jezior czy morza, to wszystko wyglądało niesamowicie. Widzieliśmy najpiękniejsze granitowe szczyty, chodziliśmy na trekking. Zobaczyliśmy też największy przesuwający się lodowiec. Tam wielkie kawałki lodu po prostu odpadały od lodowca i wpadały do wody – tłumaczy Marta. 

Zaskoczeniem była Kolumbia. Początkowo nie planowali tam jechać ze względu na niebezpieczną sytuację, o której mówi się w mediach. – Tymczasem poznaliśmy w tym kraju mnóstwo życzliwych ludzi, bo to ich narodowa cecha. Oczywiście w niektórych miejscach jest bieda i dzieją się różne rzeczy. Widzieliśmy przepiękne części starych miast. Byliśmy w miejscu, gdzie rosły największe palmy na świecie, osiągające 80 metrów wysokości – wspomina Marta. 

Ponieważ to ona bardziej interesuje się zwierzętami, szybko wyliczyła, jakie najciekawsze spotkali na swojej drodze. A były to m.in. lwy morskie, iguany, pingwiny, które zasiedlają całe wyspy, flamingi, kajmany czy watahy krokodyli. 

W Indonezji jak gwiazdy rocka

Założenie Marty i Tomka było takie, żeby możliwie najwięcej zaoszczędzić na noclegach. Nie zależało im na luksusach, więc wybierali tylko tańsze miejsca. Zgodnie podkreślają wielką życzliwość napotykanych po drodze ludzi. Tak było chociażby w Indonezji. To muzułmański kraj, więc kompletnie nie wiedzieli czego się tam spodziewać. Tymczasem bardzo zaskoczyła ich spontaniczna pomoc przypadkowych ludzi w sytuacjach kryzysowych.

Zawarli nawet kilka trwałych przyjaźni z osobami, które napotykali podczas podróży. – Gdy trafiliśmy do rodziny, która w okresie Wielkanocy przyjęła nas na Filipinach, poznaliśmy pewną parę z Argentyny. Mieszkali przez wiele lat w Buenos Aires, pracowali w Australii, ale postanowili przyjechać na Filipiny, żeby przedłużyć sobie podróż. Nawiązaliśmy z nimi głębszy kontakt i czuliśmy się razem jak jedna wielka rodzina. – mówi Marta.

Wyczerpująca podróże i satysfakcja

Podróż była przy tym niesamowicie wyczerpująca. Nie robili żadnych przerw, jedynie nocleg w hostelu i rano powrót na szlak. Tempo było tak dynamiczne, że – jak przyznaje Marta – kilka razy miała kryzys i chciała już wracać.

A co zmienili w swoim życiu po powrocie? Na pewno nie chcą już wracać do takiego trybu życia, jak wcześniej. – Kiedyś, tak jak dla większości ludzi, bardzo ważne były dla mnie pieniądze. A teraz wolę mieć trochę więcej czasu i wracać z pracy na przykład o godzinie 15, a nie o 19 – mówi Marta. Mają też o czym rozmawiać. To, co zobaczyli na świecie, rodzi mnóstwo pytań i ciekawości. Już wcześniej byli osobami ciekawymi świata, a teraz pojawiło się jeszcze więcej wątków do przebadania i przedyskutowania. 

Cały reportaż przeczytacie w papierowym i elektronicznym wydaniu Słowa, nr 25

Maciej Maciejuk

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
ReklamaButik Parkowa 13 – oferta odzieży w rozmiarach 38-60. Unikalne kolekcje dla Twojej sylwetki. Zapraszamy na zakupy przy kawie
Reklama
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: RysiekTreść komentarza: Legia to gó..o tak jak i WPR!!!! Wstyd żeby tak się zachowywać. Złapać i ukarać i to porządnie.Data dodania komentarza: 9.05.2026, 06:39Źródło komentarza: Akty wandalizmu w gminie Łosice. Zniszczona wiata i pomazane bulwary [ZDJĘCIA]Autor komentarza: AnonimTreść komentarza: GratulacjeData dodania komentarza: 8.05.2026, 20:13Źródło komentarza: Z OSTATNIEJ CHWILI. Radzyń Podlaski. Marcin Kowalczyk pokieruje szpitalemAutor komentarza: NazarTreść komentarza: Masz trochę racji Cezary . Na Terebeli I i II nic ciekawego nie ma . Sama drobnica . Leszcze skarłowaciały nie słyszałem aby ktoś tam złowił Leszcze ponad 2 kg czy Japońce ponad kilo . Co do żwirowni w Woskrzenicach to też racja .... napuścili tam tych ryb , aż woda się gotuje , że nawet dziecko 10 letnie łowi karpie czy dziadek jesiotry . Takie zbiorniki dla dziadków z Białej . Na Terebelach nic konkretnego nie łowią a na Woskrzenicach ryb aż się gotuje bo to prywatny zbiornik wioskowy . Prawdziwy wędkarz na Bugu łowi , na jeziorach mazurskich , do Szwecji na szczupaki jedzie ale musi być i Terebela jak i Woskrzenice dla dziadków i uczących się łowić bo i oni muszą posiedzieć . Sumy to najlepsze ryby a jakie z nich kotlety dobre !!!Data dodania komentarza: 8.05.2026, 13:05Źródło komentarza: Przed nami Otwarte Towarzyskie Zawody Spinningowe o Puchar Wójta Gminy SosnówkaAutor komentarza: Czarek WędkarstwoTreść komentarza: Nałapiecie tak jak i nałapaliście w zeszłym roku w Mostach . Ha ha ha . Nie umiecie łowić to i w Sosnówce nie nałapiecie . Parę skrótów i to wszystko ha ha ha . Tylko wam w Terebeli siedzieć i łowić sumiki karłowwate lub leszczyki po 25 cm ha ha ha . Albo na komercji ,hodowlanej gdzie ryba na rybie w Woskrzenicach dla starych dziadków z Białej . Zawody trzeba zrobić ktoś coś tam złowi ale większość to lepiej niech łowi simiki karłowate i leszczyki w Terebeli lub na komerscji Hodowlanej w Woskrzenicach .... tam złowicie ha ha ha .Data dodania komentarza: 7.05.2026, 08:34Źródło komentarza: Przed nami Otwarte Towarzyskie Zawody Spinningowe o Puchar Wójta Gminy SosnówkaAutor komentarza: ChudyTreść komentarza: gest gestem gra grą. Akurat jedno i drugie zatrybiło. W sobotę wszyscy na halę podziękować chłopakom za dobry sezon. Mam nadzieje, że zakończony wygraną i utrzyma siódme miejsce.Data dodania komentarza: 7.05.2026, 07:58Źródło komentarza: Ogolili głowy i Stal Gorzów
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama