Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
środa, 28 października 2026 15:18
Reklama
Reklama
Reklama
Jak zaplanować podróż po świecie bez biura podrózy?

Jedzenie szczurów, palenie zwłok i zabieranie duszy. Jerzy był w niemal 150 krajach

Dla większości ludzi podróżowanie to kadr z pocztówki: wygładzony, pozbawiony rys, bezpiecznie zamknięty w granicach kurortowego hotelu z opcją all inclusive. Dla Jerzego Koprianiuka, pasjonata z podróży i obywatela świata z Kożanówki w gminie Rossosz przygoda zaczyna się tam, gdzie znika schemat, a zaczyna prawdziwe życie.
Jedzenie szczurów, palenie zwłok i zabieranie duszy. Jerzy był w niemal 150 krajach
Podróże są jego największą pasją. Jerzy Koprianiuk zwiedził niemal 150 krajów

Źródło: ze zbiorów J. Koprianiuka

Dla większości ludzi podróżowanie to kadr z pocztówki: wygładzony, pozbawiony rys, bezpiecznie zamknięty w granicach kurortowego hotelu z opcją all inclusive. Dla Jerzego Koprianiuka, pasjonata z podróży i obywatela świata z Kożanówki w gminie Rossosz przygoda zaczyna się tam, gdzie znika schemat, a zaczyna prawdziwe życie. 

Jerzemu na drodze stawali nie tylko życzliwi ludzie, ale i niebezpieczne zwierzęta. Fot. ze zbiorów J. Koprianiuka

Jerzy odwiedził blisko 150 państw, ma za sobą dziesiątki tysięcy przemierzonych kilometrów, noclegi w wieloosobowych hostelach, dzikie przejazdy lokalnymi autobusami oraz setki spotkań z ludźmi z najdalszych zakątków ziemi. Oto opowieść o człowieku, który udowadnia, że świat nie jest obcy ani groźny – wystarczy chcieć go naprawdę poznać, zrozumieć i dotknąć na własnych zasadach.

Mapa samochodowa zamiast Internetu

Wszystko zaczęło się w latach 70. W czasach, gdy o Google Maps nikt jeszcze nie słyszał, a świat za żelazną kurtyną wydawał się nieosiągalną odległością. Młody Jerzy spędzał godziny nad atlasami geograficznymi i papierowymi mapami. Zamiast czekać na wycieczki, chłonął wiedzę, analizując układy dróg, strefy klimatyczne i granice państw.

- Od małego u mnie ta geografia była. Każdemu to mówię: ja mogę jako dziecko dyskutować z profesorem z UJ z Krakowa. Geografia u mnie była od małego, tak jak niebo nad moją głową. Nauczyciele dopytywali, skąd ja w tym temacie wiem więcej. A ja miałem mapy i je studiowałem. Pamiętam, że w szkole podstawowej miałem mapę samochodową.  Już w wieku 15 lat znałem wszystkie stolice świata – wspomina mężczyzna.

Przełom w jego życiu przyniósł rok 1989 i upadek ustroju komunistycznego w Polsce. Otwarcie granic i swobodny dostęp do paszportów były niczym zielone światło dla kogoś, kto od lat nosił w głowie gotową mapę świata. - Pierwszy raz udałem się w podróż w 1993 roku, po przemianach, jak już można było paszport wyrobić na spokojnie. Zacząłem od naszych kresów: Białoruś, Ukraina, Litwa. A pierwszy raz w odważniejszą podróż samemu wyruszyłem, obierając kierunek: Grecja, Turcja, Albania, Kosowo – bez znajomości ani jednego słowa obcego. Nie mam pojęcia, jak sobie poradziłem – śmieje się Jerzy.

Ola z powiatu biłgorajskiego, towarzyszka podróży. Madagaskar. Fot. ze zbiorów J. Koprianiuka

Sztuka logistyki 

Jerzy Koprianiuk nie korzystał z usług biur podróży. Zamiast gotowych wycieczek i przewodników z tabliczką wybiera pełną niezależność. Sam układa trasy, wylicza czasy przesiadek i analizuje rozkłady jazdy lokalnych przewoźników. Dla niego logistyka to nie przykry obowiązek, lecz istotna część podróżniczej pasji. 

 Planowałem podróże i sam jeździłem, w ogóle bez biura. A wie Pani, ja mogę godzinami  patrzeć na mapę. Niektórzy nie lubią planowania podróży, a ja sobie robię rozpiskę: tu mam pół godziny, tu wiem, że mam następny autobus, patrzę jak jeżdżą autobusy... I tak po kolei przechodzę z punktu do punktu. Abym mógł zwiedzić np. Wietnam, Laos, Kambodżę w dwa tygodnie, to logistyka musi być idealna – opowiada.

Podróżowanie w wydaniu Jerzego wymaga też odpowiedniego nastawienia i kondycji fizycznej. Luksus i wylegiwanie się na plaży to dla niego marnowanie czasu. Liczy się ruch, zwiedzanie i stały kontakt z miejscem, w którym się znajduje. - I każdy się dziwi, jak ten podróżnik z Kożanówki tak piechotą i transportem podróżuje. Pobyt w kurorcie przez 2 tygodnie? To nie dla mnie. Cały czas muszę być w ruchu! Plaża dla mnie to maksymalnie godzina. Tylko raz kąpałem się w morzu w Wietnamie. Miałem akurat trochę czasu między autobusami, to poświęciłem czas na plażę. A tak, muszę cały czas jeździć i zwiedzać – zaznacza.

O oszczędnościach i logistyce decyduje również wybór noclegów. Zamiast luksusowych hoteli wybiera proste warunki, stawiając cel wyprawy ponad osobisty komfort: - Jeśli pytają mnie o noclegi, odpowiadam: hostele. To nie jest bardzo przyjemne, na przykład w Norwegii nocowałem w pokoju na 20 osób, ale za to tanio, za 105 złotych za dobę. W Szwecji pokój na 28 osób. Staram się wybierać jak najtańsze noclegi, żeby jak największą część czasu i pieniędzy poświęcić na zwiedzanie.

Wyspa Wielkanocna. Fot. ze biorów J. Koprianiuka

Od Gangesu po białe noce

Przemierzając świat, Jerzy z bliska przyglądał się niezwykłym, a często wręcz szokującym z perspektywy Europejczyka rytuałom i obyczajom. Widział rzeczy, o których większość słyszy jedynie w filmach dokumentalnych. W Indiach trafił nad brzeg Gangesu – rzeki uznawanej przez wyznawców hinduizmu za świętą, gdzie zmarli łączą się z żywiołami.

- W Indiach nad Gangesem widziałem palenie zwłok. Tylko bogaty człowiek może się spalić. Tutejsi zwożą nad brzeg rzeki stosy drewna, układają na nich zwłoki i palą je ok. godziny. Później resztki wrzucają do Gangesu. A tam obok ludzie się kąpielą, piją wodę... A te zwłoki przepływają. To jest szokujący widok – opowiada mieszkaniec Kożanówki.

Inne podejście do życia i śmierci zaprowadziło go także do Kolumbii, gdzie trafił do miejsc kojarzonych z najmroczniejszą historią przestępczości. - Byłem w takich miejscach jak grób Pabla Escobara w Medellín. Bardzo skromny, bardzo prosty grób, a ludzie tam podchodzą, jakby to był ktoś wielki. Pieniądze miał gigantyczne, a grób nadzwyczaj skromny – komentuje podróżnik.

Pieczone szczury i żaby

W kulturze orientalnej zderzył się również z odmiennymi tradycjami kulinarnymi. Podróż po Azji południowo-wschodniej była okazją do spróbowania potraw, które dla Polaka mogą brzmieć egzotycznie lub wręcz ekstremalnie.

- W Tajlandii jada się różne pająki. Moja znajoma próbował żabki – twierdziła, że nawet smaczna, smakuje trochę jak sucha ryba. A w Laosie jechałem całą dobę autobusem, zatrzymaliśmy się i pytam policjanta, co to za mięso sprzedają. A on na to: „Szczury! Szczury wodne, to najlepsze danie!”. Dwóch chłopaków z Polski poszło i zjadło tego szczura, bo jakby odmówili, to gospodarze, którzy ich zaprosili, by się pogniewali – opowiada Jerzy.

Fotografowanie zabiera duszę

Jednocześnie podróżnik natrafił na głęboko zakorzenione tabu kulturowe związane z fotografowaniem ludzi. W niektórych zakątkach globu aparat fotograficzny bywa traktowany z dużą nieufnością. - W niektórych miejscach nie wolno ludziom robić zdjęć bez pytania, bo uważają, że odbiera im się duszę. W Maroku czy innych krajach od razu się zasłaniają. Ale z kolei w Indonezji jest zupełnie inaczej. Tam dziewczynki podchodziły do mnie i krzyczały: „Foto, foto!”. Ustawiała się cała kolejka, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie. Byłem tym wręcz zaskoczony – przyznaje podróżnik.

Skrajności kulturowe to także różnice w klimacie i przyrodzie. Jerzy zwiedzał zarówno mroźny Spitsbergen oraz ponurą, deszczową Islandię, jak i tropikalną Azję. – Przykładowo w Islandii jest pięknie, ale dla mnie za głucho, ciemno i ponuro. Cały czas zimno, pada i pochmurno. A z kolei Azja – przeraża mnie ten upał. W Tajlandii o godzinie 7:00 rano jest już 35 stopni! Ale da się przetrwać. Za to najpiękniejsze miejsca? Zdecydowanie Sri Lanka – zielona wyspa, Indonezja – przepięknie! – zachwyca się mężczyzna.

Ludzie są na ogół życzliwi

Jedną z najważniejszych lekcji, jakie Jerzy wyciągnął ze swoich wypraw, jest fakt, że świat w rzeczywistości jest o wiele bezpieczniejszy i bardziej przyjazny, niż przedstawiają to nagłówki medialne. Kraje często określane mianem niebezpiecznych okazują się miejscami pełnymi ludzkiej serdeczności. – Wiele krajów uważa się za bardzo niebezpieczne, a okazuje się, że są bardzo bezpieczne. Taka Abchazja – nic mi tam w ogóle nie groziło. Propaganda straszy. Nie ma co wierzyć w to, co piszą. Teraz na przykład Białoruś: nie do pomyślenia, jak tam jest czysto, jedzenie wspaniałe, naturalne, bez żadnej chemii. A ludzie niezwykle życzliwi w sklepach i na ulicach – mówi Jerzy.

Pytany o to, jaki naród okazał się najbardziej otwarty i gościnny wobec przybysza z Polski, Jerzy nie ma wątpliwości. - Gruzini! Niesamowicie gościnni. Tak samo dobrze wspominam podróż Koleją Transsyberyjską – 10 dni w jedną stronę, 7 z powrotem. Czas leciał momentalnie, Rosjanie w pociągu ciągle częstowali smakołykami, rozmawiali, atmosfera była świetna – wspomina.

Koniec języka za przewodnika

Podróżowanie bez biegłej znajomości wielu języków obcych również nie stanowiło dla niego przeszkody. Język rosyjski otwierał mu drzwi w całej Europie Wschodniej i Azji Środkowej, a w innych miejscach pomagała życzliwość napotkanych ludzi i uniwersalny język gestów. - Rosyjskim władam perfekcyjnie. We wszystkich krajach dawnego Związku Radzieckiego nie było żadnego problemu. A tak to podstawowe słowa. Jak trzeba gdzieś trafić, to pokazuję w telefonie nazwę ulicy. W Albanii czy Rumunii pytałem człowieka o drogę, to potrafił rzucić swoje sprawy i poprowadzić mnie kilkaset metrów, żeby pokazać właściwy kierunek. Ludzie na świecie są bardzo pomocni – przyznaje podróżnik.

Oczywiście w trakcie tak licznych wypraw nie dało się całkowicie uniknąć trudnych sytuacji zdrowotnych czy losowych. Podczas podróży po Oceanie Spokojnym Jerzy musiał zmierzyć się z nagłą chorobą. - Na wyspach Tonga, w upale otarłem sobie nogę i wdarła się choroba – róża. Na szczęście to było tuż przed powrotem do Polski. Jak wracałem, było 33 stopni upału, a noga puchła. Zaraz po przylocie trafiłem do szpitala w Białej Podlaskiej, ordynator od razu zdecydował o leczeniu. Całe szczęście, że dopadło mnie to przed samym domem, a nie gdzieś w środku dżungli!.

Jerzy podróżuje m.in. z Olą. Oboje kochają podróże. Fot. ze zbiorów J. Koprianiuka

Pasja bez granic

Po ponad trzech dekadach podróżowania Jerzy Koprianiuk nie zwalnia tempa. Choć zwiedził już blisko 150 krajów, wciąż planuje kolejne trasy, analizuje połączenia lotnicze i szuka nowych wyzwań. Od pewnego czasu podróżuje z towarzyszką wypraw, Olą z powiatu biłgorajskiego, z którą dzieli trudy i radości drogi.

Jego recepta dla młodych adeptów podróżowania jest prosta: solidna wiedza, umiejętność chłodnego planowania i szacunek do odwiedzanych miejsc. - Trzeba mieć bardzo dużą wiedzę geograficzną i dużo czytać, żeby wiedzieć, co po kolei zwiedzać. Nie można jechać w ciemno. Trzeba umieć zaplanować logistykę, połączenia, wiedzieć, gdzie iść. No i podstawa w podróżach to ubezpieczenie oraz podstawowe szczepienia! – radzi.

Mimo ogromnej listy odwiedzonych miejsc – od Ameryki Południowej, przez Afrykę, po kraje wyspiarskie Oceanii – jest jedno miasto, do którego Jerzy wraca z niezmiennym sentymentem i zachwytem. – To Rzym. Byłem tam już z 15 razy, ale mnie tam ciągle ciągnie. Pokochałem to miasto. Katedra na Lateranie, Koloseum, Plac Wenecki, Schody Hiszpańskie, Watykan... Trzeba tam jechać, iść i znowu to wszystko zobaczyć – mówi, bo pasja nie wymaga wielomilionowego budżetu ani wygód. Wystarczy ciekawość drugiego człowieka, odwaga do wyjścia poza schemat i otwarty umysł, gotowy na przyjęcie świata dokładnie takim, jaki jest.

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Okna Artpol
Reklama Skarpetkowy Szop
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: Paweł Giersz Treść komentarza: Dobrze że kierowca przytomnie jeszcze zaczą skręcać aby zminimaizować jej obrażenia... Data dodania komentarza: 28.10.2026, 08:18 Źródło komentarza: Wyjeżdzała z ul. Warszawskiej na DK92. Trafiła do szpitala [FILMIK] Autor komentarza: Sprawiedliwy Treść komentarza: To zwykły hochsztapler z którym nikt nie chce współpracować. Narcyz zakochany w sobie, którym na dodatek rządzi żona. Każdy w Radzie się na nim poznał. Ostatnio 13 osób było za jego odwolaniem. Więc rośnie liczba niezadowolonych. Rado w Czemiernikach. Do 3 razy sztuka. Powodzenia. Teraz się uda. Może nie będzie miał szans się odwołać. Data dodania komentarza: 27.10.2026, 20:42 Źródło komentarza: POWIAT RADZYŃSKI: Po wyroku WSA radny zapowiada powrót Autor komentarza: Kibic Podlasia Treść komentarza: Ja i kilku moich kolegów rezygnujemy z karnetu . Lepiej posiedzieć w domu przed telewizorem i obejrzeć " Trudne Sprawy " , " Dlaczego ja " .... na pewno będzie więcej emocji niż na meczach Podlasia . Data dodania komentarza: 27.10.2026, 20:29 Źródło komentarza: Czy może być gorzej? Autor komentarza: gość Treść komentarza: A może niech ten Pan kandyduje tam skąd pochodzi a nie skłóca ludzi w innej gminie... marzy mu się stołek burmistrza??? Lublin czeka....... tam nawet na prezydenta miasta może startować. Data dodania komentarza: 27.10.2026, 13:30 Źródło komentarza: POWIAT RADZYŃSKI: Po wyroku WSA radny zapowiada powrót Autor komentarza: Feliks Treść komentarza: W takiej formie to jest zlepek informacji ciężki do zobrazowania kto, gdzie i kiedy. Problem ze zrobieniem listy w słupku bez jakiejkolwiek chronologii, lub w/g czasu zgonu ? Data dodania komentarza: 27.10.2026, 09:57 Źródło komentarza: Biała Podlaska. Odeszli do wieczności [18-22.10.2026]
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama