Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 19 czerwca 2026 20:28
Reklama
Reklama
Dynia kontra susza

Nowe imperium dyni. Jak susza zmienia Lubelszczyznę?

Susza atmosferyczna, glebowa, hydrologiczna i hydrogeologiczna to już nie jest wizja przyszłości, to fakt. Sadownicy i rolnicy z gminy Wisznice nie zamierzają jednak bezczynnie czekać na deszcz, który... i tak niewiele zmieni. W sadach i na polach powiatu bialskiego zachodzi właśnie cicha rewolucja.
Nowe imperium dyni. Jak susza zmienia Lubelszczyznę?
Dynia jest prawie "bezobsługowa" i odporna na suszę, dlatego wielu rolników z Lubelszczyzny postawiło właśnie na nią

Autor: Justyna Lesiuk-Klujewska

Niektórym wydaje się, że kilka dni intensywnego deszczu, a nawet kilkutygodniowy, drobny „kapuśniaczek” załatwia sprawę. To mit. Eksperci agroklimatologii ostrzegają: żyjemy w długu hydrologicznym. Kiedy wieloletni brak opadów schodzi głęboko pod ziemię, niszcząc zasoby wód czwartorzędowych, zwykły deszcz jedynie „pudruje” problem. Odbudowuje wilgoć w wierzchniej warstwie gleby, ale nie dociera tam, skąd wodę czerpią głębokie systemy korzeniowe i studnie głębinowe.
 

Naturalne sposoby

W tej nowej, suchej rzeczywistości dotychczasowe uprawy – wymagające regularnego podlewania pomidory, ogórki czy wrażliwe na letni brak wody zboża – stają się ekonomicznym samobójstwem. Ratunkiem okazuje się zmiana myślenia i ucieczka w gatunki, które potrafią „oszukać system” lub szukanie sposobów na zatrzymanie w glebie wilgoci.
Norbert Kolejko z Polubicz Dworskich w gminie Wisznice to sadownik, który kontynuuje rodzinną tradycję. Ma 30 ha sadów. Uprawia jabłonie, grusze, aronie, pożeczki i inne drzewa owocowe. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jednym z najważniejszych zadań sadownika, oprócz ochrony roślin przed mrozem, jest walka z suszą.


- Najlepszym sposobem byłby montaż nawodnienia, ale jest to kosztowne, czasochłonne i skomplikowane, jeśli chodzi o aspekty prawne. Dlatego nawadniam drzewka i krzewy sposobem tradycyjnym, czyli samodzielnie dostarczając im wodę. – „Plusem” jest to, że nasze kilkunastoletnie drzewka mają rozbudowany system korzeniowy, siegający nawet 1,5 m w głąb ziemi. To je różni od zbóż czy warzyw. A więc trochę lepiej radzą sobie z suszą, chociaż ostatnie 3 miesiące bez deszczu nie napawały optymizmem. Na szczęście w końcu spadł wyczekiwany deszcz – opowiada Norbert Kolejko.


Sadownik podkreśla, że od wielu lat, podobnie jak jego poprzednicy, stosuje w sadzie tzw. podkładki. 

– Mówiąc najprościej: większość drzew owocowych to tak naprawdę „dwupiętrowe” organizmy składające się z dwóch różnych roślin połączonych ze sobą. Podkładka (dolna część) to system korzeniowy oraz krótki fragment pieńka (tuż nad ziemią). To baza, na której „sadzi się” właściwą odmianę – wyjaśnia sadownik. – Podkładki są regulatorem dokarmiania danej odmiany, niektóre są bardziej odporne na suszę, inne mniej. Kiedyś sadownicy eksperymentowali z gatunkami drzewek, teraz biorą pod uwagę, jaką mają glębę, czy mają możliwość nawadniania i dopiero wtedy dobierają odmianę, a potem podkładkę. Jeśli sadownik odpowiednio dobrał podkladkę do warunków glebowych i środowiskowych, to zwiększył liczbę drzewek na hektarze, wpłynął na wzrost drzewka i zwiększył jego owocowanie – tłumaczy.


Norbert Kolejko uważa, że walka z suszą w sadzie to obecnie jedno z największych wyzwań dla sadowników, ale nie można liczyć wyłącznie na technologię, bo natura też ma wiele do zaoferowania. – Kluczem do sukcesu nie jest samo lanie wody, która jest droga i deficytowa, ale zwiększenie zdolności gleby do jej zatrzymywania. – Główną rolę odgrywa tutaj próchnica – działa jak potężna gąbka. 1 proc. próchnicy w glebie potrafi zatrzymać w warstwie ornej nawet do 150 tysięcy litrów wody na hektar! Drugi ważny aspekt to regulacja pH gleby. Odczyn gleby decyduje o tym, czy drzewo w ogóle będzie w stanie pobrać podawane mu składniki odżywcze oraz wodę. Aby zatrzymać wilgoć w glebie, stosuję obornik kurzy lub bydlęcy bądź podłoże pieczarkowe. Trzecia sprawa to okrywa roślin. Goła ziemia w pełnym słońcu potrafi nagrzać się do ponad 50 stopni Celsjusza. Rozłożenie 5-10 cm warstwy ściółki z kory sosnowej, słomy, skoszonej trawy bez nasion działa jak izolacja termiczna. Ściółka działa jak izolator. drastycznie ogranicza parowanie wody z gleby, obniża temperaturę podłoża nawet o kilka stopni i zapobiega pękaniu ziemi – wyjaśnia sadownik.
Jednocześnie zaznacza, że gmina Wisznice to znane na całą Polskę zagłębie sadownicze, jednak sadownicy coraz częściej rezygnują z sadów i zmieniają profil. Niektórzy obierają kierunek – dynia.
 

Kierunek: dynia


Gmina Wisznice w powiecie bialskim przestaje być zagłębiem pomidorowym, jak była postrzegana przez przez wiele lat. Zamiast czerwieni pomidorów i papryki i zieleni ogórków, na polach coraz częściej dominuje intensywny kolor pomarańczowy. Powód? Dynia.
To warzywo okazuje się genialnym strategiem w obecnych czasach. Nie potrzebuje aż tyle wody przez cały rok jak np. ogórki – kluczowy jest dla niej lipiec, kiedy zawiązuje owoce. Jeśli wtedy dostanie odpowiednią dawkę wilgoci, potrafi przetrwać najgorsze upały. Dodatkowo, gleby regionu bogate w potas idealnie wpisują się w jej wysokie wymagania pokarmowe. Dla wielu rolników dynia stała się jedyną szansą na przetrwanie. Zmiana profilu gospodarstw była tak masowa, że pociągnęła za sobą rozwój całego sektora przetwórczego.
 

- W Polsce mamy 30 tys. ha upraw dyni. Dla porównania w 2020 r. mówiliśmy o 1,5 tys. ha. A sama Lubelszczyzna to 85 proc. krajowej produkcji tego warzywa. Rolnicy zamieniają inne uprawy na dynie, bo dynia sama siebie reklamuje swoją opłacalnością – mówi Łukasz Popielewicz z Horodyszcza, rolnik i właściciel firmy skupującej pestki dyni, który współpracuje z ponad tysiącem rolników z całej okolicy. 

Rolnicy na koniec roku wychodzą „na plus” i to ich motywuje do kontynuowania uprawy. Obecnie z 1 ha można uzyskać ok. 5 tys. zł „na czysto”. Kiedyś rolnicy dokładali do interesu: opryski, paliwo, siła robocza – to wszystko kosztuje, a bilans wychodził „na minus”. Z kolei  dynia jest małowymagająca, jeśli chodzi o samą uprawę. Wystarczy zakupić nasiona, to jest koszt ok. 1200 zł na 1 ha, pilnować, aby pole nie zarosło perzem i na jesień zebrać dynię. Warzywo zbiera się maszynowo – mówi.
Dynia sprawdziła się na naszych terenach, i to na ziemiach zarówno wysokiej klasy, jak i niskiej. 

– Dynia ma dobrze rozbudowany system korzeniowy i doskonale radzi sobie z suszą. Najważniejszy dla niej jest lipiec – to wtedy tworzy zawiązki owoców. Jeśli w tym kluczowym momencie zabraknie wody, roślina błyskawicznie przechodzi w tryb przetrwania i zrzuca część zawiązków. Po prostu redukuje plon, odcinając najsłabsze owoce, byle tylko utrzymać przy życiu te, które dają szansę na przetrwanie gatunku – wyjaśnia Łukasz Popielewicz.


Dynia, która się obroni
 

Rolnicy z gminy Wisznice i okolic nie szukają jednak zwykłych dyń jadalnych. Królową tutejszych pól stała się dynia oleista Gleisdorfer. Jej nasiona nie mają twardej, zdrewniałej łupiny nasiennej. Są naturalnie „nagie”, ciemnozielone i otoczone jedynie cienką, delikatną błonką. – Dynia Gleisdorfer ma potężny system korzeniowy, który potrafi szukać wilgoci głębiej niż tradycyjne warzywa. Jej duże liście szybko zarastają międzyrzędzia, zacieniają glebę i drastycznie ograniczają parowanie wody z pola. Jeśli w lipcu przyjdzie susza, roślina oczywiście zrzuci część zawiązków, ale te owoce, które zostaną, wyprodukują świetnej jakości, duże, oleiste pestki – wyjaśnia rolnik.

Łukasz Popielewicz z Horodyszcza uważa, że nasz region to prawdziwe imperium dyni. Fot. Justyna Lesiuk-Klujewska


Aby wesprzeć wzrost warzywa, rolnicy uzupełniają ziemię w potas. Pierwiastek ten to „regulator wody” w roślinie. 

– Gdy potasu jest pod dostatkiem, dynia potrafi lepiej gospodarować wodą – w czasie największego upału zamyka szparki, żeby nie tracić wilgoci, a otwiera je, gdy warunki są sprzyjające. Bez potasu roślina staje się „wiotka” i bezbronna wobec słońca. Poza tym potas odpowiada za transport cukrów i syntezę tłuszczów. Dla rolnika uprawiającego dynię Gleisdorfer, kluczowa jest zawartość oleju i wielkość nagich pestek. To właśnie potas sprawia, że nasiona wewnątrz dyni są dobrze wykształcone, ciężkie i bogate w tłuszcze, co przekłada się na zysk rolnika – wyjaśnia Łukasz Popielewicz. 

Tutaj jednak rolnicy zderzają się z paradoksem zmian klimatycznych. Potas to dla dyni naturalna tarcza chroniąca przed utratą wody, ale roślina potrafi go pobrać tylko wtedy, gdy w ziemi jest choć odrobina wilgoci. Gdy gleba wysycha na wiór, cenny pierwiastek zostaje zablokowany.


Dynię sieje się w połowie maja, a zbiera w połowie września. – Dynia musi dojrzeć. Zbiór składa się z dwóch etapów. Zanim na pole wjedzie sam kombajn, owoce muszą zostać odpowiednio ułożone. Używa się do tego specjalnego pługa zgarniającego. Maszyna delikatnie przesuwa dynie leżące na polu i układa je w długie, równe wały. Kombajn do dyni jedzie wzdłuż ułożonego wału. Głównym elementem zbierającym jest bęben z kolcami. Obracający się bęben wbija szpilki w dynie, podnosi je z ziemi i podaje wyżej, do wnętrza maszyny. Gdy dynie trafią do środka kombajnu, są rozgniatane lub rozcinane, aby otworzyć owoc. Masa trafia do dużego, obracającego się cylindra z otworami (sita). Miąższ i twarda skóra są rozbijane i oddzielane od nasion. Rozgnieciony miąższ i skórki są wyrzucane z tyłu kombajnu prosto na pole. Działają one później jako naturalny nawóz organiczny. Wydobyte pestki nie są jeszcze idealnie czyste. Wewnątrz kombajnu przechodzą przez system szczotek, sit oraz strumień powietrza (wentylator), który wydmuchuje resztki soku i drobnego miąższu. Czyste pestki trafiają do zbiornika nasiennego na kombajnie. Po zapełnieniu zbiornika pestki są wysypywane na przyczepę i natychmiast przewożone do myjni oraz suszarni – wylicza przedsiębiorca.
 

Nasze pestki królują

Podlascy rolnicy zasilają dyniowy rynek krajowy i europejski. – Zapotrzebowanie na pestkę dyni jest ogromne. Z roku na rok mamy progres o ok. 120 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Sytuacja geopolityczną się zmieniła. Prezydent USA nałożył cło na pestkę chińska, nie opłaca się jej już ściągać. Teraz biorą pestkę z Europy. Warto zwrócić uwagę, że od stycznia 2026 r. cena pestki poszła mocno w górę. Teraz kg pestki kosztuje 16 zł netto, gdzie „normalna” cena to 11 zł za 1 kg. Dlaczego Lubelskie wygrywa w tej całej rozgrywce? – U nas dynia była zawsze. Przez wiele lat uprawialiśmy dynię białą, w łupinie. Ale rynek związany z tym gatunkiem nie jest rozbudowany. Łatwo go nasycić. W 2025 r. wystarczyła lekka nadwyżka produkcji i był krach. Kilka lat temu nasi rolnicy postawili na Gleisdorfer. Jej nasiona idealnie nadają się do bezpośredniego spożycia, tłoczenia oleju tłoczonego na zimno,  dla przemysłu piekarniczego, do czekolady. Mają wiele zastosowań. Rynek dynamicznie się rozwija – podkreśla Łukasz Popielewicz. Jego zakład od początku 2026 r. zajmujący się czyszczeniem pestki dyni przerobił już 5 tys. ton pestki, a kolejne zbiory dopiero przed nami.


Dr Sebastian Szklarek, twórca strony: swiatwody.blog:
Susza rolnicza i hydrologiczna oddziałują na drzewa owocowe nieco inaczej niż na rośliny jednoroczne. W przypadku warzyw czy zbóż problem pojawia się bardzo szybko, gdy brakuje wilgoci w wierzchniej warstwie gleby. Drzewa owocowe mają przewagę, ponieważ ich system korzeniowy sięga znacznie głębiej i może korzystać z zapasów wody zgromadzonych w niższych warstwach gruntu.

Nie oznacza to jednak, że są całkowicie odporne na suszę. Jeżeli przez wiele miesięcy lub nawet lat utrzymuje się susza hydrologiczna i hydrogeologiczna, stopniowo wyczerpują się również zasoby wody w głębszych warstwach gleby oraz obniża się poziom wód gruntowych. W takiej sytuacji korzenie drzew mają coraz trudniejszy dostęp do wody, nawet jeśli sięgają na głębokość ponad metra. Skutkiem może być słabszy wzrost drzew, mniejsze owoce, gorsze plonowanie, a także większa podatność na choroby i uszkodzenia związane z wysokimi temperaturami.

Dlatego tak duże znaczenie mają działania poprawiające zdolność gleby do magazynowania wody. Odpowiednia zawartość próchnicy, utrzymywanie roślinnej okrywy między rzędami drzew, właściwe pH gleby czy ograniczanie jej ugniatania pomagają zatrzymać więcej wilgoci po opadach. Są to rozwiązania, które nie zastąpią deszczu ani nawodnień, ale pozwalają lepiej wykorzystać każdą kroplę wody.

Warto też pamiętać, że obecna sytuacja jest efektem nie tylko jednego suchego sezonu. W wielu regionach Polski obserwujemy wieloletni deficyt opadów oraz coraz krótszy okres zalegania śniegu zimą. To powoduje, że nawet długotrwałe opady o niewielkiej intensywności nie są w stanie szybko odbudować zasobów wód podziemnych i całkowicie zlikwidować skutków suszy hydrologicznej. Z punktu widzenia sadowników kluczowe staje się więc nie tylko reagowanie na pojedyncze okresy bezdeszczowe, ale budowanie odporności gospodarstw na długotrwały niedobór wody.
 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
ReklamaKolejowy Serwis Mobilny
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama