12 marca przed Sądem Okręgowym w Lublinie zakończył się proces Jana H. 61-latek oskarżony jest o zabójstwo swojego 78-letniego znajomego, Witolda P. Z uwagi na zawiły charakter sprawy ogłoszenie wyroku zostało odroczone.
– Należy wskazać, że do dokonania zabójstwa doszło w miejscu zamieszkania pokrzywdzonego, który – jak wynika z relacji świadków – był osobą zniedołężniałą, ograniczoną w zakresie zdolności motorycznych. W zaufaniu wpuścił pana H. do swojego domu, a oskarżony, wykorzystując to zaufanie, pozbawił go życia. W tych okolicznościach wnoszę o wymierzenie kary 20 lat pozbawienia wolności – argumentował w swojej mowie końcowej prok. Mateusz Malecki z Prokuratury Rejonowej w Parczewie.
Oskarżyciel publiczny zawnioskował również o środek zabezpieczający w postaci stacjonarnej terapii w zamkniętym zakładzie. Oparł się na opinii biegłych, którzy wskazali, że zaburzenia osobowości i alkoholizm Jana H. stwarzają wysokie ryzyko ponownego popełnienia zbrodni. Terapia miałaby nastąpić po odbyciu kary więzienia.
Do wniosków prokuratora w całości przyłączyła się adw. Marta Palacz-Miłecka, reprezentująca córki oraz żonę Witolda P., która zmarła w trakcie trwania postępowania. Mecenas w imieniu rodziny wniosła o zasądzenie od oskarżonego zadośćuczynienia w łącznej kwocie 500 tys. zł. Obrońca oskarżonego, adw. Kacper Troszkiewicz, prosił o uniewinnienie swojego klienta, wskazując na brak przyznania się do winy oraz orzeczoną przez biegłych niepoczytalność. Mecenas podkreślił, że nielogiczne wyjaśnienia 61-latka są wynikiem choroby alkoholowej, a nie celowej manipulacji. Alternatywnie apelował o łagodny wymiar kary.
Czytaj też:
Od ucha do ucha
Po południu 4 marca 2024 r. dyżurny komisariatu w Wisznicach otrzymał zgłoszenie o mężczyźnie z ranami kłutymi i ciętymi. Osoba zgłaszająca nie miała złudzeń – 78-latek nie żyje. Policjanci udali się do wsi Liszna, zaledwie dwa kilometry od granicy z Białorusią, gdzie w jednym z domów przy głównej drodze potwierdzili makabryczne odkrycie. Ciało Witolda P. miało rany w okolicy twarzy, szyi i klatki piersiowej.
– Już wstępne ustalenia wskazywały, że do śmierci mogły przyczynić się osoby trzecie. Czynności na miejscu zdarzenia wykonywane były pod nadzorem prokuratora decyzją którego ciało zostało zabezpieczone do dalszych badań – poinformowała nadkom. Barbara Salczyńska-Pyrchla z bialskiej komendy. Śledczy ustalili, że z domu nic nie zginęło, co pozwoliło wykluczyć motyw rabunkowy.
Jan H. został zatrzymany jeszcze tego samego dnia. Był pijany i przebywał poza swoim miejscem zamieszkania. Gdy wytrzeźwiał usłyszał zarzut zabójstwa, a sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu. Nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Składał wyjaśnienia, w których przedstawił swoją wersję wydarzeń. Zgoła inną niż późniejsze ustalenia śledczych i biegłych sądowych. Gdy w styczniu 2026 r. przed lubelskim sądem ruszył proces Jan H. twierdził, że swoich tłumaczeń z tego czasu już nie pamięta. – Opisałem sen, który miewa alkoholik w stanie majaczenia, gdy pojawiają się omamy i zwidy – mówił przed Temidą, jak relacjonowała dziennikarka Katarzyna Nakonieczna na łamach „Dziennika Wschodniego”. H. twierdził, że w swoich halucynacjach wydawało mu się, że wieczór przed zbrodnią był gdzieś indziej i spotkał się z zupełnie kimś innym, nie z Witoldem P. Był wtedy w co najmniej dwutygodniowym cugu alkoholowym.
Jan H. przekonywał, że z ofiarą był jak rodzina. Znali się wiele lat i lubili razem wypić. Uparcie twierdził też, że zabił w samoobronie. – Zapytałem, czego ode mnie chce. Zaproponował rozmowę w mieszkaniu. On wszedł pierwszy. Gdy wchodziłem, zauważyłem, że złapał za nóż i zadał mi dwa ciosy. Pierwszy cios odbiłem ręką. Przy drugim złapałem jego rękę, a następnie lewą ręką chwyciłem za ostrze i wyrwałem mu nóż – relacjonował. Później miał się już tylko bronić.
– Zadałem mu tylko dwa ciosy – tłumaczył się, by dodać po chwili: – W brzuch. Tylko dwa. Spojrzałem na niego, a on się dalej śmiał od ucha do ucha – twierdził.
– Usiadłem na jakieś krzesło i siedziałem przy nieboszczyku. Żadne uczucie mną nie kierowało. Ani nienawiść, ani litość. Byłem jakiś obojętny, jakbym był w innej przestrzeni – cytował oskarżonego Dominik Smagała z portalu „Biała Się Dzieje”. – Nie wierzę w sprawiedliwy wyrok. Bo tu do składu sędziowskiego potrzebny jest jeszcze jeden człowiek: ksiądz egzorcysta. Ten człowiek miałby coś do powiedzenia – stwierdził Jan H.
Czytaj też: Przedsiębiorca skazany za preparowanie faktur paliwowych. Skarb Państwa stracił blisko pół miliona złotych
Diabła ganiał po podwórku
W lutym odbyła się kolejna rozprawa, a w marcu sędzia Aneta Świdzińska-Kozieł zamknęła przewód sądowy. Ostatniego dnia procesu zeznawały dwie kobiety wezwane w charakterze świadków.
– Przyszedł rano, mówił, że ktoś tam próbował go zaatakować i on użył noża, i przebił go tym nożem... Coś takiego. Ale najśmieszniejsze było to, że ja brałam to jako żart – wspominała poranek sprzed dwóch lat jedna z mieszkanek Liszny, do której Jan H., niedługo po zabójstwie, miał zajść w gości. Blisko godzinę wcześniej miał być u innej sąsiadki, 84-letniej, która usilnie próbowała bronić go przed sądem. – Wierzę mu jak w Pana Boga, ale nie wierzyłam w to, co on do mnie mówił – powiedziała. W zabójstwo Witolda nie uwierzyła Janowi też partnerka ofiary. Przed wizytą u seniorki, zaraz po wyjściu z domu Witolda, miał udać się na pobliską stację benzynową, gdzie pracowała. – Powiedziałem: „Pani mąż nie żyje”. Roześmiała się i mówi: „Idź się prześpij”. No to ja se kupiłem setkę wódki, na terenie CPN-u pół wypiłem, a pół jak doszłem do domu – opowiadał Jan H.
Kobiety przed sądem określały „Janka”, jak go nazywały, jako osobę, która muchy by nie skrzywdziła. – Rąbał mi drzewo, kosił trawę, wszystko mi zrobił, o co go poprosiłam. Nigdy nic u mnie nie ukradł, złego słowa nie powiedział – wyliczała sędziwa Lisznianka. – To dobry człowiek, moja „prawa ręka”. Uprawiał gospodarkę, gospodarzył całą parą! U nas na całej wiosce drugiego takiego nie znajdziesz – kontynuowała. Jego poranne „chłopa zabiłem po drugiej stronie” zignorowała. Myślała, że mu się przyśniło. Nasmażyła mu jajek, zrobiła herbaty. Patrzył nerwowo w okno. Mówił, że zaraz po niego przyjadą. – Siedział, rozmawiał, tak jak trzeba. Ja powiedziałam: „Janek, ja już jadę na spotkanie seniorów do Sławatycz, a ty idź do domu” – poprosiła. No i poszedł. Najpierw – z piwem w ręku – do innej sąsiadki, później do domu. Seniorka zamknęła go w środku, żeby „już nigdzie nie łaził”. Klucz schowała w traktorze. Później rodzina zawiozła go na kroplówkę do szpitala, ale go nie przyjęli. Wieczorem zabrała go już policja.
Obie sąsiadki zgodnie twierdziły, że Jan H. o poranku nie miał na sobie ani kropli krwi. – Janek, nie oszukujmy się, nie należał do najczystszych osób. Przebierał się może raz na tydzień. Spał w tym, w czym pił. Nie było po nim tego dnia widać, że coś się stało – mówiła młodsza z przesłuchiwanych. Z kolei w zeznaniach seniorki można było wyczuć niechęć do Witolda P. – Ja z nim nie trzymała, ja do niego nie chodziła – mówiła nazywając go „koniuchem”. – Bo jego ojciec kiedyś dużo koni trzymał – tłumaczyła. Mówiła wprost: „Janek” jest niewinny. Z zeznań wynikało, że dla seniorki oskarżony był „rodziną”, a Witold P. jedynie nielubianym sąsiadem zza miedzy. Ogromna wdzięczność wobec H. za pomoc przy obejściu sprawiła, że w jej oczach był ofiarą swoich „zwidów” i... Witolda P.
– On się bronił od tego noża, bo inaczej to on by tam leżał – tłumaczyła żywo. Obwiniała znienawidzonego „koniucha” o rzucanie nożami i butelkami, na co, obecna na sali jedna z córek zmarłego, kiwała głową w geście sprzeciwu. Druga z sąsiadek, znajoma od ponad 30 lat, wspominała, że oskarżony już wcześniej miewał przerażające wizje i często „bajki opowiadał”. – Przecież Janek, jak on pił, to on opowiadał, że on tam diabły ganiał po podwórku, że wojsko widział, że go tam napadali – zeznała.

Wystawili mu laurkę
Przed rozpoczęciem wystąpień stron adw. Marta Palacz-Miłecka uderzyła w jeden z punktów obrony Jana H. – o rzekomym braku więzi ofiary z rodziną. Mecenas złożyła w sądzie plik dokumentów i fotografii, które miały raz na zawsze zadać kłam twierdzeniom oskarżonego, że córki nie kontaktowały się z ojcem od 30 lat. – Wnoszę o przeprowadzenie dowodów z kopii kart okolicznościowych wysyłanych przez Witolda P. do córek i żony oraz fotografii z dokładnym opisem dat i miejsca ich wykonania – wyliczała mecenas. Jako ostateczny dowód na bliskość rodziny przedłożyła billingi. – To wykazy połączeń z numeru córki na numer telefonu Witolda P. z okresu poprzedzającego to tragiczne zdarzenie – argumentowała, składając wnioski na ręce sędzi.
Czytaj też: Prokuratura skierowała akt oskarżenia w sprawie zabójstwa bialskiego ratownika
Następnie strony przystąpiły do wygłoszenia końcowych stanowisk. Prok. Mateusz Malecki przekonywał, że zgromadzony w sprawie materiał dowodowy pozwala jednoznacznie odtworzyć przebieg zdarzeń. Odwoływał się zarówno do wyjaśnień oskarżonego, jak i do relacji świadków oraz opinii biegłych. – Zgromadzony materiał dowodowy w sposób niebudzący wątpliwości pozwala stwierdzić, że pan oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu – mówił. Wskazywał, że choć relacja Jana H. o przebiegu zdarzeń była – jak określił – „dosyć surrealistyczna”, to w kluczowych elementach potwierdzała ustalenia śledczych. Zwracał uwagę na ślady biologiczne zabezpieczone na odzieży oskarżonego oraz na nożu z 15-centymetrowym ostrzem, a także na zeznania świadków, u których mężczyzna pojawił się niedługo po zdarzeniu. – Pan oskarżony bezpośrednio po zdarzeniu przyznał się, mówiąc wprost: „zabiłem człowieka” – podkreślał. Prokurator zaznaczał również, że ciosy zostały zadane w miejsca newralgiczne dla funkcji życiowych człowieka.
Pełnomocniczka oskarżycielek posiłkowych, adw. Marta Palacz-Miłecka, w swojej mowie akcentowała brutalność ataku oraz cierpienie rodziny zmarłego.
– To była egzekucja nad 78-letnim bezbronnym człowiekiem – mówiła. Przywoływała szczegółowe ustalenia biegłych z zakresu medycyny sądowej, wskazując na rozległość obrażeń. – Przecięta tętnica szyjna, uszkodzona aorta, rany w obrębie klatki piersiowej. Każdy z tych ciosów był zadawany z zamiarem pozbawienia życia – wyliczała.
Podkreślała również, że dobrowolne wprowadzenie się w stan nietrzeźwości nie może stanowić okoliczności łagodzącej. – Pijaństwo nie może być taryfą ulgową dla mordercy – stwierdziła. Zwracała uwagę, że przez cały czas trwania postępowania oskarżony nie okazał skruchy wobec rodziny zmarłego. – Nie padło ani jedno słowo „przepraszam” – mówiła, wskazując na emocjonalne konsekwencje zbrodni dla bliskich pokrzywdzonego.
Zupełnie inaczej sprawę oceniał obrońca oskarżonego, adw. Kacper Troszkiewicz. W swojej mowie wskazywał, że tragedia dotknęła nie tylko rodzinę zmarłego, lecz także samego oskarżonego. Przekonywał, że w sprawie nadal istnieją wątpliwości, które nie pozwalają jednoznacznie przypisać jego klientowi sprawstwa. Zwracał uwagę, że oskarżony konsekwentnie nie przyznaje się do winy i twierdzi, że nie pamięta, aby dopuścił się zarzucanego mu czynu.
– To nie jest przyjęta linia obrony, lecz wyraz jego rzeczywistych wspomnień z tamtego czasu – argumentował.
Adwokat przypominał również o wnioskach opinii sądowo-psychiatrycznej, zgodnie z którą w chwili zdarzenia Jan H. miał całkowicie zniesioną poczytalność. Podkreślał przy tym, że przez wiele lat oskarżony zmagał się z nałogiem alkoholowym, odbywał liczne odwyki i pozostawał w długotrwałej abstynencji, co powinno być uwzględnione przy ocenie jego stanu psychicznego i stopnia zawinienia. – Wszyscy świadkowie, których słuchaliśmy, wystawili mu w istocie laurkę – mówił, dodając, że Jan H. przez lata uchodził za człowieka, który „rzuciłby wszystko, żeby pomóc innym”. Wniósł o uniewinnienie swojego klienta, a w przypadku uznania go za winnego – o łagodniejszy wymiar kary, uwzględniający zarówno jego trudną sytuację życiową, jak i przewlekłą walkę z alkoholizmem.
Na zakończenie głos zabrał sam oskarżony. Z rozprawą łączył się w formie wideorozmowy z aresztu śledczego, gdzie przebywa od chwili zatrzymania. Zapewniał, że nie zabił swojego znajomego. W swoim wystąpieniu wrócił do dawnych relacji z Witoldem P., opisując sytuację sprzed lat, kiedy – jak twierdził – starszemu mężczyźnie brakowało podstawowych rzeczy do życia. – Siedem lat temu zadzwonił do mnie Witek. Mówi: „Nie mam złotówki na chleb, nie mam drewna, nie mam węgla”. Poszedłem do niego, dałem mu cztery sztuki masła, pomogłem z drewnem na opał – relacjonował. Jednocześnie Jan H. odniósł się do wydarzeń z nocy z wiosennej nocy sprzed dwóch lat
– Wiem mniej więcej, co się wydarzyło w tym domu, ale tego nie powiem. Przyrzekłem na Boga, że o tej rozmowie nikt się nie dowie. Zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu – mówił.
CZYTAJ TEŻ:












![Złoty interes na lewych badaniach. Grupa przestępcza rozbita [FILM, ZDJĘCIA] Złoty interes na lewych badaniach. Grupa przestępcza rozbita [FILM, ZDJĘCIA]](https://static2.slowopodlasia.pl/data/articles/sm-4x3-pieczatka-w-dowodze-rejestracyjnym-za-kase-grupa-przestepcza-rozbita-film-1773147941.jpg)
![Biała Podlaska. Akademia Wychowania Muzycznego zachwyciła publiczność [GALERIA ZDJĘĆ] Biała Podlaska. Akademia Wychowania Muzycznego zachwyciła publiczność [GALERIA ZDJĘĆ]](https://static2.slowopodlasia.pl/data/articles/sm-4x3-biala-podlaska-akademia-wychowania-muzycznego-zachwycila-publicznosc-1773148187.jpg)



Napisz komentarz
Komentarze