Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 13 marca 2026 20:37
Reklama
Reklama
Ganiał diabły, a przed sądem domagał się egzorcysty

„Tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu”. Koniec procesu o zabójstwo w Lisznie

Janowi H. nikt nie wierzył, gdy mówił, że właśnie zadźgał sąsiada. – Myśmy brali to za żart, bo on nieraz, jak pił, to miał omamy i bajki opowiadał – mówiła podczas rozprawy jedna z mieszkanek Liszny (gmina Sławatycze). Po wszystkim zjadł u sąsiadki jajecznicę, wypił herbatę i czekał na policję. W lubelskim sądzie właśnie zakończył się proces w sprawie zabójstwa Witolda P. Wyrok zapadnie jeszcze w marcu.
jan h. liszna gmina sławatycze zabił sąsiada witold p. sąd okręgowy w lublinie wyrok rozprawa
Jan H. łączył się z salą sądową w formie wideorozmowy z aresztu śledczego, gdzie przebywa od chwili zatrzymania

Autor: Dorota Hojda

12 marca przed Sądem Okręgowym w Lublinie zakończył się proces Jana H. 61-latek oskarżony jest o zabójstwo swojego 78-letniego znajomego, Witolda P. Z uwagi na zawiły charakter sprawy ogłoszenie wyroku zostało odroczone.

– Należy wskazać, że do dokonania zabójstwa doszło w miejscu zamieszkania pokrzywdzonego, który – jak wynika z relacji świadków – był osobą zniedołężniałą, ograniczoną w zakresie zdolności motorycznych. W zaufaniu wpuścił pana H. do swojego domu, a oskarżony, wykorzystując to zaufanie, pozbawił go życia. W tych okolicznościach wnoszę o wymierzenie kary 20 lat pozbawienia wolności – argumentował w swojej mowie końcowej prok. Mateusz Malecki z Prokuratury Rejonowej w Parczewie.

Oskarżyciel publiczny zawnioskował również o środek zabezpieczający w postaci stacjonarnej terapii w zamkniętym zakładzie. Oparł się na opinii biegłych, którzy wskazali, że zaburzenia osobowości i alkoholizm Jana H. stwarzają wysokie ryzyko ponownego popełnienia zbrodni. Terapia miałaby nastąpić po odbyciu kary więzienia.

Do wniosków prokuratora w całości przyłączyła się adw. Marta Palacz-Miłecka, reprezentująca córki oraz żonę Witolda P., która zmarła w trakcie trwania postępowania. Mecenas w imieniu rodziny wniosła o zasądzenie od oskarżonego zadośćuczynienia w łącznej kwocie 500 tys. zł. Obrońca oskarżonego, adw. Kacper Troszkiewicz, prosił o uniewinnienie swojego klienta, wskazując na brak przyznania się do winy oraz orzeczoną przez biegłych niepoczytalność. Mecenas podkreślił, że nielogiczne wyjaśnienia 61-latka są wynikiem choroby alkoholowej, a nie celowej manipulacji. Alternatywnie apelował o łagodny wymiar kary.

Czytaj też:

Od ucha do ucha

Po południu 4 marca 2024 r. dyżurny komisariatu w Wisznicach otrzymał zgłoszenie o mężczyźnie z ranami kłutymi i ciętymi. Osoba zgłaszająca nie miała złudzeń – 78-latek nie żyje. Policjanci udali się do wsi Liszna, zaledwie dwa kilometry od granicy z Białorusią, gdzie w jednym z domów przy głównej drodze potwierdzili makabryczne odkrycie. Ciało Witolda P. miało rany w okolicy twarzy, szyi i klatki piersiowej.

– Już wstępne ustalenia wskazywały, że do śmierci mogły przyczynić się osoby trzecie. Czynności na miejscu zdarzenia wykonywane były pod nadzorem prokuratora decyzją którego ciało zostało zabezpieczone do dalszych badań – poinformowała nadkom. Barbara Salczyńska-Pyrchla z bialskiej komendy. Śledczy ustalili, że z domu nic nie zginęło, co pozwoliło wykluczyć motyw rabunkowy.

Jan H. został zatrzymany jeszcze tego samego dnia. Był pijany i przebywał poza swoim miejscem zamieszkania. Gdy wytrzeźwiał usłyszał zarzut zabójstwa, a sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu. Nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Składał wyjaśnienia, w których przedstawił swoją wersję wydarzeń. Zgoła inną niż późniejsze ustalenia śledczych i biegłych sądowych. Gdy w styczniu 2026 r. przed lubelskim sądem ruszył proces Jan H. twierdził, że swoich tłumaczeń z tego czasu już nie pamięta. – Opisałem sen, który miewa alkoholik w stanie majaczenia, gdy pojawiają się omamy i zwidy – mówił przed Temidą, jak relacjonowała dziennikarka Katarzyna Nakonieczna na łamach „Dziennika Wschodniego”. H. twierdził, że w swoich halucynacjach wydawało mu się, że wieczór przed zbrodnią był gdzieś indziej i spotkał się z zupełnie kimś innym, nie z Witoldem P. Był wtedy w co najmniej dwutygodniowym cugu alkoholowym.

Jan H. przekonywał, że z ofiarą był jak rodzina. Znali się wiele lat i lubili razem wypić. Uparcie twierdził też, że zabił w samoobronie. – Zapytałem, czego ode mnie chce. Zaproponował rozmowę w mieszkaniu. On wszedł pierwszy. Gdy wchodziłem, zauważyłem, że złapał za nóż i zadał mi dwa ciosy. Pierwszy cios odbiłem ręką. Przy drugim złapałem jego rękę, a następnie lewą ręką chwyciłem za ostrze i wyrwałem mu nóż – relacjonował. Później miał się już tylko bronić.

– Zadałem mu tylko dwa ciosy – tłumaczył się, by dodać po chwili: – W brzuch. Tylko dwa. Spojrzałem na niego, a on się dalej śmiał od ucha do ucha – twierdził.

– Usiadłem na jakieś krzesło i siedziałem przy nieboszczyku. Żadne uczucie mną nie kierowało. Ani nienawiść, ani litość. Byłem jakiś obojętny, jakbym był w innej przestrzeni – cytował oskarżonego Dominik Smagała z portalu „Biała Się Dzieje”. – Nie wierzę w sprawiedliwy wyrok. Bo tu do składu sędziowskiego potrzebny jest jeszcze jeden człowiek: ksiądz egzorcysta. Ten człowiek miałby coś do powiedzenia – stwierdził Jan H.

Czytaj też: Przedsiębiorca skazany za preparowanie faktur paliwowych. Skarb Państwa stracił blisko pół miliona złotych

Diabła ganiał po podwórku

W lutym odbyła się kolejna rozprawa, a w marcu sędzia Aneta Świdzińska-Kozieł zamknęła przewód sądowy. Ostatniego dnia procesu zeznawały dwie kobiety wezwane w charakterze świadków.

– Przyszedł rano, mówił, że ktoś tam próbował go zaatakować i on użył noża, i przebił go tym nożem... Coś takiego. Ale najśmieszniejsze było to, że ja brałam to jako żart – wspominała poranek sprzed dwóch lat jedna z mieszkanek Liszny, do której Jan H., niedługo po zabójstwie, miał zajść w gości. Blisko godzinę wcześniej miał być u innej sąsiadki, 84-letniej, która usilnie próbowała bronić go przed sądem. – Wierzę mu jak w Pana Boga, ale nie wierzyłam w to, co on do mnie mówił – powiedziała. W zabójstwo Witolda nie uwierzyła Janowi też partnerka ofiary. Przed wizytą u seniorki, zaraz po wyjściu z domu Witolda, miał udać się na pobliską stację benzynową, gdzie pracowała. – Powiedziałem: „Pani mąż nie żyje”. Roześmiała się i mówi: „Idź się prześpij”. No to ja se kupiłem setkę wódki, na terenie CPN-u pół wypiłem, a pół jak doszłem do domu – opowiadał Jan H.

Kobiety przed sądem określały „Janka”, jak go nazywały, jako osobę, która muchy by nie skrzywdziła. – Rąbał mi drzewo, kosił trawę, wszystko mi zrobił, o co go poprosiłam. Nigdy nic u mnie nie ukradł, złego słowa nie powiedział – wyliczała sędziwa Lisznianka. – To dobry człowiek, moja „prawa ręka”. Uprawiał gospodarkę, gospodarzył całą parą! U nas na całej wiosce drugiego takiego nie znajdziesz – kontynuowała. Jego poranne „chłopa zabiłem po drugiej stronie” zignorowała. Myślała, że mu się przyśniło. Nasmażyła mu jajek, zrobiła herbaty. Patrzył nerwowo w okno. Mówił, że zaraz po niego przyjadą. – Siedział, rozmawiał, tak jak trzeba. Ja powiedziałam: „Janek, ja już jadę na spotkanie seniorów do Sławatycz, a ty idź do domu” – poprosiła. No i poszedł. Najpierw – z piwem w ręku – do innej sąsiadki, później do domu. Seniorka zamknęła go w środku, żeby „już nigdzie nie łaził”. Klucz schowała w traktorze. Później rodzina zawiozła go na kroplówkę do szpitala, ale go nie przyjęli. Wieczorem zabrała go już policja.

Obie sąsiadki zgodnie twierdziły, że Jan H. o poranku nie miał na sobie ani kropli krwi. – Janek, nie oszukujmy się, nie należał do najczystszych osób. Przebierał się może raz na tydzień. Spał w tym, w czym pił. Nie było po nim tego dnia widać, że coś się stało – mówiła młodsza z przesłuchiwanych. Z kolei w zeznaniach seniorki można było wyczuć niechęć do Witolda P. – Ja z nim nie trzymała, ja do niego nie chodziła – mówiła nazywając go „koniuchem”. – Bo jego ojciec kiedyś dużo koni trzymał – tłumaczyła. Mówiła wprost: „Janek” jest niewinny. Z zeznań wynikało, że dla seniorki oskarżony był „rodziną”, a Witold P. jedynie nielubianym sąsiadem zza miedzy. Ogromna wdzięczność wobec H. za pomoc przy obejściu sprawiła, że w jej oczach był ofiarą swoich „zwidów” i... Witolda P.

– On się bronił od tego noża, bo inaczej to on by tam leżał – tłumaczyła żywo. Obwiniała znienawidzonego „koniucha” o rzucanie nożami i butelkami, na co, obecna na sali jedna z córek zmarłego, kiwała głową w geście sprzeciwu. Druga z sąsiadek, znajoma od ponad 30 lat, wspominała, że oskarżony już wcześniej miewał przerażające wizje i często „bajki opowiadał”. – Przecież Janek, jak on pił, to on opowiadał, że on tam diabły ganiał po podwórku, że wojsko widział, że go tam napadali – zeznała.

Na zakończenie głos zabrał sam oskarżony. Z rozprawą łączył się w formie wideorozmowy z aresztu śledczego, gdzie przebywa od chwili zatrzymania. Podczas połączenia siedział w niedbale rozpiętej koszuli w pasy, co wyraźnie kontrastowało z formalnymi strojami osób obecnych na sali sądowej; fot. Dorota Hojda

Wystawili mu laurkę

Przed rozpoczęciem wystąpień stron adw. Marta Palacz-Miłecka uderzyła w jeden z punktów obrony Jana H. – o rzekomym braku więzi ofiary z rodziną. Mecenas złożyła w sądzie plik dokumentów i fotografii, które miały raz na zawsze zadać kłam twierdzeniom oskarżonego, że córki nie kontaktowały się z ojcem od 30 lat. – Wnoszę o przeprowadzenie dowodów z kopii kart okolicznościowych wysyłanych przez Witolda P. do córek i żony oraz fotografii z dokładnym opisem dat i miejsca ich wykonania – wyliczała mecenas. Jako ostateczny dowód na bliskość rodziny przedłożyła billingi. – To wykazy połączeń z numeru córki na numer telefonu Witolda P. z okresu poprzedzającego to tragiczne zdarzenie – argumentowała, składając wnioski na ręce sędzi.

Czytaj też: Prokuratura skierowała akt oskarżenia w sprawie zabójstwa bialskiego ratownika

Następnie strony przystąpiły do wygłoszenia końcowych stanowisk. Prok. Mateusz Malecki przekonywał, że zgromadzony w sprawie materiał dowodowy pozwala jednoznacznie odtworzyć przebieg zdarzeń. Odwoływał się zarówno do wyjaśnień oskarżonego, jak i do relacji świadków oraz opinii biegłych. – Zgromadzony materiał dowodowy w sposób niebudzący wątpliwości pozwala stwierdzić, że pan oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu – mówił. Wskazywał, że choć relacja Jana H. o przebiegu zdarzeń była – jak określił – „dosyć surrealistyczna”, to w kluczowych elementach potwierdzała ustalenia śledczych. Zwracał uwagę na ślady biologiczne zabezpieczone na odzieży oskarżonego oraz na nożu z 15-centymetrowym ostrzem, a także na zeznania świadków, u których mężczyzna pojawił się niedługo po zdarzeniu. – Pan oskarżony bezpośrednio po zdarzeniu przyznał się, mówiąc wprost: „zabiłem człowieka” – podkreślał. Prokurator zaznaczał również, że ciosy zostały zadane w miejsca newralgiczne dla funkcji życiowych człowieka.

Pełnomocniczka oskarżycielek posiłkowych, adw. Marta Palacz-Miłecka, w swojej mowie akcentowała brutalność ataku oraz cierpienie rodziny zmarłego.

– To była egzekucja nad 78-letnim bezbronnym człowiekiem – mówiła. Przywoływała szczegółowe ustalenia biegłych z zakresu medycyny sądowej, wskazując na rozległość obrażeń. – Przecięta tętnica szyjna, uszkodzona aorta, rany w obrębie klatki piersiowej. Każdy z tych ciosów był zadawany z zamiarem pozbawienia życia – wyliczała.

Podkreślała również, że dobrowolne wprowadzenie się w stan nietrzeźwości nie może stanowić okoliczności łagodzącej. – Pijaństwo nie może być taryfą ulgową dla mordercy – stwierdziła. Zwracała uwagę, że przez cały czas trwania postępowania oskarżony nie okazał skruchy wobec rodziny zmarłego. – Nie padło ani jedno słowo „przepraszam” – mówiła, wskazując na emocjonalne konsekwencje zbrodni dla bliskich pokrzywdzonego.

Zupełnie inaczej sprawę oceniał obrońca oskarżonego, adw. Kacper Troszkiewicz. W swojej mowie wskazywał, że tragedia dotknęła nie tylko rodzinę zmarłego, lecz także samego oskarżonego. Przekonywał, że w sprawie nadal istnieją wątpliwości, które nie pozwalają jednoznacznie przypisać jego klientowi sprawstwa. Zwracał uwagę, że oskarżony konsekwentnie nie przyznaje się do winy i twierdzi, że nie pamięta, aby dopuścił się zarzucanego mu czynu.

– To nie jest przyjęta linia obrony, lecz wyraz jego rzeczywistych wspomnień z tamtego czasu – argumentował.

Adwokat przypominał również o wnioskach opinii sądowo-psychiatrycznej, zgodnie z którą w chwili zdarzenia Jan H. miał całkowicie zniesioną poczytalność. Podkreślał przy tym, że przez wiele lat oskarżony zmagał się z nałogiem alkoholowym, odbywał liczne odwyki i pozostawał w długotrwałej abstynencji, co powinno być uwzględnione przy ocenie jego stanu psychicznego i stopnia zawinienia. – Wszyscy świadkowie, których słuchaliśmy, wystawili mu w istocie laurkę – mówił, dodając, że Jan H. przez lata uchodził za człowieka, który „rzuciłby wszystko, żeby pomóc innym”. Wniósł o uniewinnienie swojego klienta, a w przypadku uznania go za winnego – o łagodniejszy wymiar kary, uwzględniający zarówno jego trudną sytuację życiową, jak i przewlekłą walkę z alkoholizmem.

Na zakończenie głos zabrał sam oskarżony. Z rozprawą łączył się w formie wideorozmowy z aresztu śledczego, gdzie przebywa od chwili zatrzymania. Zapewniał, że nie zabił swojego znajomego. W swoim wystąpieniu wrócił do dawnych relacji z Witoldem P., opisując sytuację sprzed lat, kiedy – jak twierdził – starszemu mężczyźnie brakowało podstawowych rzeczy do życia. – Siedem lat temu zadzwonił do mnie Witek. Mówi: „Nie mam złotówki na chleb, nie mam drewna, nie mam węgla”. Poszedłem do niego, dałem mu cztery sztuki masła, pomogłem z drewnem na opał – relacjonował. Jednocześnie Jan H. odniósł się do wydarzeń z nocy z wiosennej nocy sprzed dwóch lat

– Wiem mniej więcej, co się wydarzyło w tym domu, ale tego nie powiem. Przyrzekłem na Boga, że o tej rozmowie nikt się nie dowie. Zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu – mówił.

CZYTAJ TEŻ:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: Zulu GulaTreść komentarza: Oglądałem ten występ. Pani chyba pomyliła program i chciała trafić do Hotel Paradise. Utwór i wygląd był odpowiedni ładnie do tego show. W Must be the music trzeba umieć śpiewać a Pani tego talentu nie posiada.Data dodania komentarza: 13.03.2026, 07:30Źródło komentarza: „Must Be The Music”: Odważny występ artystki z Białej Podlaskiej pod ostrzałem jury! [FILM]Autor komentarza: żenada...Treść komentarza: Mniej argumentów merytorycznych, to więcej erotycznych...Data dodania komentarza: 12.03.2026, 18:39Źródło komentarza: „Must Be The Music”: Odważny występ artystki z Białej Podlaskiej pod ostrzałem jury! [FILM]Autor komentarza: wilkTreść komentarza: Wilki, są, więc muszą żyć, walczą o przetrwanie, każdego dnia, tak jak i ludzie...i nie abortują swojego potomstwa... Lepiej wyposażone przez Stwórcę ? Bo mniej wolności dostały ?Data dodania komentarza: 12.03.2026, 18:36Źródło komentarza: Powiat bialski. Wilki coraz bliżej ludziAutor komentarza: BiałaZaspałaTreść komentarza: On się "umawiał". Hahahaha A co z chodnikiem w ciągu Żwirki i Wigury od Łomaskiej do Robotniczej i co z jej dalszą częścią? A widzieliście końcówkę ulicy Grzybowej? Kiedy Długa, Okólna, Co z Sokulską, Lotników Podlaskich, Łowiecka, Jarzębinowa, Grabarska, Cienista, Kalinowa, Ceglana, Borowikowa, Opieńkowa, Sobolowa, Jaskółcza, Gołębia. To tylko część z "zapomnianych" osiedli. Wynurzaj się ze "swojej bazy" na Piłsudskiego i rób specerki, więcej zobaczysz niż na rowerze.Data dodania komentarza: 12.03.2026, 11:57Źródło komentarza: Kąpielowa się rozsypuje. Na co czeka miasto?Autor komentarza: Ja brat i stary śrut BMW.Treść komentarza: My też z bratem kupilim Beemke. Sprzedalim my krowy i świniaka i kupilim. Z rocznika 2010 czyli 16 letni śrut I siep. 2 lata do pełnoletniość brakuje temu gruzów. My dali 32.000 zł. Drogo ale czarna i szyby przyciemniane. Kupiona w Niemczech od Turków. My z bratem teraz kręcim kułka w gumofilcach pod remizą strazacką . Nawet my do miasta jeździm tą 16 letnią Beemka . Trochę wstyd bo 16 letni gruz ale czym mamy jeździć. Na nowy nas nie stać bo więcej świniaków i krów my nie mielim na sprzedaż.Data dodania komentarza: 12.03.2026, 11:49Źródło komentarza: Terespol. BMW z fałszywym numerem VIN nie wyjechało z Polski
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama