Mężczyzna w 2013 r. odszedł ze służby. Od tamtej pory walczy w sądach o wypłatę ekwiwalentu za godziny nadliczbowe. W 2024 r. został skazany na więzienie za przyjęcie korzyści majątkowych jeszcze za czasów służby w SG. W efekcie stracił prawo do wcześniejszej emerytury, mieszkania. Obecnie mieszka na stancji w Białej Podlaskiej. Mimo to chce odzyskać wypłatę za – jak twierdzi – półtora roku pracy.
Od Annasza do Kajfasza
- W 2013 r. Andrzej Witkowski przyszedł do mnie do kancelarii z taką sprawą, że nie wypłacono mu pieniędzy za przepracowane nadgodziny. A było ich 2400. I co by można z tą sprawą zrobić? Poinformował mnie, że wezwał swojego pracodawcę, czyli Komendę Straży Granicznej w Chełmie do zapłaty pensji. Pracodawca odmówił. Została nam droga sądowa – opowiada Jarosław Klimowicz, prawnik reprezentujący pana Andrzeja.
Pierwszy pozew został złożony do Sądu Rejonowego Warszawa-Mokotów. - Był to pozew o odszkodowanie złożony do Wydziału Cywilnego, bo taka była wykładnia, że oddziały Straży Granicznej podlegające pod bialski sąd nie mają zdolności procesowej. Ma ją komendant główny Straży Granicznej – wyjaśnia mecenas. Sprawa w Warszawie się jednak nie odbyła, została odwołana. – Nikt nas o tym nie poinformował. Dowiedzieliśmy się na miejscu, przeczytawszy informację wiszącą na drzwiach sali – komentuje Andrzej Witkowski. Następnie sąd przekazał sprawę do sądu w Chełmie. – Podczas pierwszej rozprawy w Chełmie sędzia przyznała się, że wolałaby sprawę przekierować do sądu pracy, gdyż nie czuje się na siłach tej sprawy rozpoznawać. Zgodziliśmy się. Uważałem, że lepiej dla sprawy jest „iść za sądem”. Sprawa została więc skierowana do Sądu Rejonowego w Chełmie, Wydział Pracy. Sędzia podjął się rozpoznawania sprawy, zobowiązał do złożenia pisma procesowego z wszelkimi dowodami, twierdzeniami, tezami - wspomina mężczyzna.
I tu popełnił błąd. Początkowo wystąpił o samo wynagrodzenie za godziny nadliczbowe. - Pominął dodatki typu trzynastka, mundurówka itp. Dlatego w piśmie procesowym to opisaliśmy, chociaż z drugiej strony, kiedy była decyzja odmowna odnośnie służby w godzinach ponadnormatywnych, to można było wysnuć tezę, że skoro nie uznają, że się należy ekwiwalent, to również nie uznają, że należą się pochodne do tego ekwiwalentu. I tak naprawdę, to można to było w ramach tego postępowania przeprocedować. Tyle, że to spowodowało zmianę właściwości sądu – wyjaśnia mecenas. Chodzi o to, ze względu na kwotę sporu czy wartość przedmiotu sprawy sprawą powinien się zająć już Sąd Okręgowy. - I w związku z tym sędzia wydał postanowienie o przekazaniu sprawy, bo uznał jednak, że już w tym momencie jest to sprawa cywilna. Sprawa została więc przekazana do Sądu Okręgowego w Lublinie, Wydział Cywilny – opowiada prawnik.
Dodaje, że potem okazało się, że Sąd Okręgowy w Lublinie przekazał sprawę do sądu pracy. – Zrobił to, nie informując mojego klienta, a powinien był wydać postanowienie o przekazaniu, na które służy środek odwoławczy. Dlaczego to dla nas było takie ważne? W trakcie rozprawy przed sądem pracy w Chełmie jednak doszliśmy, że to jest sprawa cywilna. I taka konkluzja zapadła, że to jest sprawa cywilna, a sąd podzielił ten sposób myślenia i interpretacji – opowiada.
Z Lublina do Warszawy
Sprawa Andrzeja Witkowskiego przeszła przez 4 sądy. W końcu trafiła do 5. sądu, czyli pracy i ubezpieczeń społecznych w Sądzie Okręgowym w Lublinie, który wyznaczył termin rozprawy. Na rozprawie był obecny Andrzej Witkowski wraz ze swoim adwokatem. – Sąd twierdził, że nie może rozpoznawać tej sprawy, bo nie jest właściwy rzeczowo, że ta sprawa należy do sądu administracyjnego. I to już było ok. 1,5 roku, może 2 lata od decyzji, która została wydana przez komendanta głównego Straży Granicznej w 2013 r. o tym, że mi nie przysługuje ekwiwalent za nadgodziny – żali się Andrzej Witkowski.
W sądzie doszło do sporu. – Nasze stanowisko było takie, że droga administracyjna owszem, ale nie droga sądowo-administracyjna, ponieważ skarga na decyzję jest prawem, a nie obowiązkiem. Skarżący, czyli pan Andrzej może złożyć skargę do Sądu Administracyjnego, jeśli uważa, że decyzja jest niezgodna z prawem. Ta decyzja na ten moment była zgodna z Ustawą o straży granicznej i myśmy jej nie skarżyli. Dlatego myśmy poszli z pozwem o odszkodowanie. I do sądu cywilnego, bo gdybyśmy poszli drogą sądu administracyjnego, to potrwałoby to kilka lat.. W sądzie wojewódzkim sprawa trwałaby około roku, w NSA ok. 2-3 lat... Dzisiaj byśmy poszli – mówi mecenas.
Ale wróćmy do rozprawy w sądzie pracy w Lublinie. Był ostry spór o to, czy decyzja jest ostateczna w administracyjnym toku instancji i podlega wykonaniu. Więc nie ma potrzeby przekazywania sprawy do sądu administracyjnego po 2 latach, kiedy właściwie skargę wnosi się w terminie 30 dni od dnia doręczenia decyzji odwoławczej. Więc jaki jest sens, jaka logika? I tak się sędzia uparła. Mało tego, rozdzieliła uposażenie za ponadnormatywną służbę i dodatki. Uznała, że dodatki powinien rozpatrzeć od początku organ administracyjny, czyli komendant oddziału – wyjaśnia mecenas. - I myśmy też w to poszli. Wystąpiliśmy do komendanta o wypłatę ekwiwalentu za nadgodziny. Komendant oczywiście odmówił, argumentując decyzję tymi samymi przepisami co wcześniej. Poszliśmy więc do komendanta głównego SG, który utrzymał tę w mocy. Więc tym razem poszliśmy do sądu administracyjnego. I oczywiście, Sąd Administracyjny w Warszawie oddalił skargę i podtrzymał argumentację, która była w decyzjach. Poszliśmy więc do NSA. NSA podzielił poglądy sądu administracyjnego i organu Straży Granicznej, więc rozdzielenie tej sprawy godzin nadliczbowych i dodatków było bezsensem. Oczywiście po 2 latach skarga odnośnie godzin ponadnormatywnych podlegała odrzuceniu – mówi prawnik.
Pozew przeciwko Skarbowi Państwa
- Postanowienie Sądu Okręgowego w Lublinie o rozdzieleniu sprawy zaskarżyliśmy do Sądu Apelacyjnego, wydział pracy i ubezpieczeń społecznych, ale sąd apelacyjny ten wyrok podtrzymał. W tym momencie droga sądowa się skończyła. To był 2017 r. Skarga kasacyjna tego postanowienia nie przysługiwała, więc zaproponowałem mojemu klientowi złożenie pozwu o odszkodowanie przeciwko prezesowi Sądu Okręgowego w Lublinie jako reprezentantowi Skarbu Państwa. I takie powództwo wnieśliśmy do Sądu Okręgowego w Lublinie. Było to powództwo o charakterze cywilnym. Odbyło się kilka rozpraw, po drugiej stronie występowała Prokuratoria Generalna, która reprezentowała Skarb Państwa – opowiada mecenas. Przeprowadzone zostało postępowanie. - Sąd oddalił powództwo, więc wnieśliśmy apelację, ponieważ w tej sprawie był wyłączony Sąd Apelacyjny w Lublinie i apelacja poszła do Sądu Najwyższego w Warszawie. I Sąd Najwyższy w Warszawie scedował tę sprawę do Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie. Dopiero ten sąd wyraźnie potwierdził, że roszczenie pana Andrzeja Witkowskiego, z chwilą ustania stosunku służbowego, przekształca się w roszczenie odszkodowawcze – mówi mecenas.
Ten wyrok zapadł w 2023 r. Andrzej Witkowski wniósł więc pozew o odszkodowanie po raz drugi. To było 31 grudnia 2023 r. uznając, że to jest ostatni dzień w biegu terminu przedawnienia. Pozew wniósł zgodnie z właściwością do Sądu Okręgowego, Wydział Cywilny w Lublinie. – Od tego czasu nie odbyła się żadna rozprawa. Owszem, był wyznaczony termin pierwszej rozprawy na luty 2026 r., ale rozprawa została odwołana. Złożyłem skargę na przewlekłość postępowania, ale sąd uznał, że nie ma przewlekłości i ją oddalił – mówi Andrzej Witkowski. Za to ustalił termin rozprawy na 29 września.
- Od początku powoływaliśmy się na artykuł 77. Konstytucji, który mówi tak: „Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działania organu władzy publicznej. Ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej, dochodzenia naruszonych wolności lub praw”. Powoływaliśmy się również na przepisy Kodeksu Cywilnego, artykułu 415 i kolejnych odnośnie, kto z winy swej wyrządził szkody, jest zobowiązany do jej naprawienia. I dopiero, po latach sąd rzeszowski to potwierdził... – podsumowuje prawnik.
Obecnie pan Andrzej czeka na rozparzenie swojej sprawy w SO w Lublinie w wydziale cywilnym.
Czytaj też:

Napisz komentarz
Komentarze