Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 31 października 2026 18:22
Reklama
Reklama baner reklamowy word biała podlaska
Reklama
Polesie, którego nie da się zapomnieć. Historia zapisana w języku i tradycjach

Ocalili język, pieśni i tradycje przodków. Poleszuki wciąż pielęgnują dziedzictwo

Stare krosna, tradycyjne pieśni, rodzinne opowieści i język, którym przed wojną posługiwali się mieszkańcy Polesia. Choć od przesiedlenia ich przodków minęło osiemdziesiąt lat, w Białkowie nadal pielęgnuje się kulturę przywiezioną z dawnych Kresów. Dzięki współpracy z Gminnym Ośrodkiem Kultury w Białej Podlaskiej potomkowie Poleszuków odkrywają wspólne korzenie, uczą się tradycyjnego tkactwa i przekazują młodszym pokoleniom dziedzictwo, które mogłoby bezpowrotnie zaginąć.
Ocalili język, pieśni i tradycje przodków. Poleszuki wciąż pielęgnują dziedzictwo
Towarzystwo Miłośników Polesia i Białkowa wydało dotychczas dwie książki dotyczące historii

Autor: archiwum dr Wojciecha Weryszko

Osiemdziesiąt lat temu ich przodkowie musieli opuścić rodzinne Polesie i rozpocząć nowe życie na zachodzie Polski. Zabrali jednak ze sobą coś, czego nie odebrała im historia – język, pieśni, obrzędy i pamięć o rodzinnych stronach. Dziś potomkowie przesiedleńców z Białkowa przyjeżdżają na południowe Podlasie, by wspólnie z mieszkańcami regionu ocalać ginące tradycje. Podczas warsztatów tkackich w Hrudzie i kulinarnych w Perkowicach udowodnili, że dziedzictwo przodków wciąż żyje.

– Mój dziadek nazywał się Ludwik Weryszko. Ożenił się z Marią Tyszkiewicz i osiedlił we wsi Petelewo, położonej około 14 kilometrów od Berezy Kartuskiej, obecnie na Białorusi. Z kolei moja babcia ze strony mamy, Aniela Czarny, była Polką pochodzącą z centralnej Ukrainy. Padła ofiarą represji bolszewickich z lat 1917–1918. Uciekła wówczas na tereny nowo powstałej Polski, w okolice Prużan. Osiedliła się we wsi Linówka, gdzie wyszła za mąż. Niestety straciła męża i dziecko. Przeprowadziła się wtedy kilkanaście kilometrów na południe, w okolice Utran, gdzie poślubiła mojego dziadka Piotra, który również był wdowcem. Wrócił on wcześniej z emigracji, gdy dowiedział się o śmierci swojej pierwszej żony – opowiada dr Wojciech Weryszko z Białkowa.

Z Polesia do Białkowa. Historia zapisana w pamięci pokoleń

Jak wyjaśnia, podczas przygotowań do powojennych przesiedleń podstawą kwalifikowania do wyjazdu były spisy ludności polskiej, którą w praktyce utożsamiano z osobami wyznania katolickiego. To właśnie religia stanowiła główne kryterium rozróżnienia. Nie decydowały znajomość języka ani kultura, ponieważ pod tym względem mieszkańcy byli do siebie bardzo podobni.

– W naszym języku do dziś funkcjonuje takie rozróżnienie, że katolik to Polak, a prawosławny to Ruski. Osoby wyznania prawosławnego nie miały prawa wyjazdu, natomiast katolicy mogli wyjechać. Dlatego niektórzy prawosławni, którzy chcieli opuścić te tereny, starali się zdobyć fałszywe dokumenty chrztu. Mój dziadek Ludwik pomagał w ich załatwianiu – przyznaje dr Weryszko.

Jego dziadek był związany z parafią w Siehniewiczach, stanowiącą ważny ośrodek polskiej kultury. Wiele informacji o tamtych wydarzeniach rozmówca uzyskał od swojej ciotki, Marii Szakalidy z domu Zarzeckiej, która była dla niego cennym źródłem wiedzy o historii rodziny.

– W 1944 roku, podczas przygotowań do przesiedleń, sporządzano listy mieszkańców. Chodzono po domach i spisywano osoby wyznania katolickiego. Funkcjonowały również specjalne urzędy, do których można było się zgłaszać. Moja mama miała wtedy 17 lat i zbliżała się do pełnoletności. Razem ze swoim bratem świadomie zdecydowała, że chcą wyjechać do Polski. Zapisali się więc na listę wyjeżdżających. W tej sytuacji babcia Aniela, która miała jeszcze dwoje młodszych dzieci, również postanowiła opuścić rodzinne strony. Nie chciała zostawiać starszego rodzeństwa. W ten sposób cała rodzina znalazła się na liście i oczekiwała na decyzję. Trwały wówczas ustalenia dotyczące przyszłych granic Polski. W lipcu 1944 roku zapadały już rozstrzygnięcia w tej sprawie, a w 1945 roku odbyła się konferencja w Poczdamie, podczas której ustalono również przebieg zachodniej granicy Polski na Odrze – relacjonuje dr Weryszko.

Dopiero później zezwolono rodzinie na wyjazd, jednak nie do tej części Polski, do której początkowo chciała trafić, lecz na ziemie zachodnie. Zdaniem rozmówcy było to celowe działanie związane z polityką osadniczą nowych władz. Chodziło o zasiedlenie opuszczonych terenów i zapewnienie siły roboczej niezbędnej do uruchomienia przemysłu oraz odbudowy życia gospodarczego.

Początkowo wyjazdy były możliwe, ale z czasem władze sowieckiej Białorusi, podobnie jak Litwy, zaczęły ograniczać możliwość opuszczania tych terenów. Obawiały się utraty znacznej części ludności.

W rezultacie trzech braci matki Wojciecha Weryszki nie mogło już wyjechać i pozostało na Białorusi.

W Białkowie znajduje się muzeum poświęcone historii Poleszuków;
fot. archiwum dr Wojciecha Weryszko

Historia rodu jak z poematu

– Historia naszej rodziny jest niezwykła, niemal jak z poematu. W okresie międzywojennym żyła ona spokojnie i stopniowo się bogaciła. Tak przynajmniej wynika z opowieści dziadka i rodziców. Ten dawny porządek i dobrobyt określali później jako raj utracony – wspomina dr Weryszko.

Przesiedleńców kierowano przede wszystkim na tereny położone wzdłuż obecnej zachodniej granicy Polski. Jednym z głównych punktów, w których rozdzielano przybywających, był Poznań.

Dr Weryszko posiada wyciągi z poznańskich archiwów, gdzie zachowały się listy osób przesiedlonych z jego rodzinnych stron. Analiza dokumentów pokazuje, że niektórzy przyjeżdżali pod innymi nazwiskami. Dotyczyło to między innymi młodych ludzi wpisywanych na listy jako członkowie innych rodzin lub krewni.

– W Poznaniu przesiedleńców rozdzielano i kierowano do różnych miejscowości. Część trafiła na Pomorze Zachodnie, inni na tereny położone na południe od Zielonej Góry. Nasza rodzina przemieszczała się zasadniczo na zachód. Mieliśmy szczęście, ponieważ dwa duże rody oraz mieszkańcy Petelewa mogli osiedlić się razem w jednej miejscowości – Białkowie – opowiada.

Początkowo niemal wszyscy mieszkańcy Białkowa byli Poleszukami. Dzięki temu nie musieli dostosowywać się do obcego środowiska pod względem językowym i kulturowym. Nadal żyli wśród swoich, posługiwali się tym samym językiem i pielęgnowali dawne tradycje.

W sąsiednich miejscowościach sytuacja wyglądała inaczej. Tam, gdzie Poleszucy stanowili mniejszość, na przykład 30 proc. mieszkańców, stopniowo rezygnowano z własnej kultury. Zdarzało się nawet, że wstydzili się swojego pochodzenia i języka. W rezultacie mowa poleska zaczęła w tych społecznościach zanikać.

Żyli wśród swoich

– U nas tak się nie stało. Wszystko odbywało się naturalnie, ponieważ nadal żyliśmy wśród ludzi pochodzących z tych samych stron. Rodzina była bardzo liczna. Dziadek miał brata i pięć sióstr, nie licząc siostry, którą bolszewicy zabili jeszcze na wschodzie. Należę do pierwszego pokolenia urodzonego po wojnie. Wychowywałem się w tej kulturze i w tym języku. Było to dla nas zupełnie naturalne. Polski był naszym drugim językiem. Rodzice i dziadkowie przygotowywali nas do posługiwania się nim przed rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej – mówi dr Weryszko.

Poleszucy zachowali wiele dawnych zwyczajów. Od poniedziałku do soboty ciężko pracowano, natomiast niedziela, po wyjściu z kościoła, była czasem odpoczynku, spotkań, zabaw, tańców i śpiewów.

Wesela również odbywały się według tradycyjnych obrzędów. Pielęgnowano między innymi zwyczaj zwany dogoworem, przewożenie wiana na wozie oraz wiele innych elementów dawnych uroczystości. Większość tych tradycji przetrwała około 20 lat po przesiedleniu, a niektóre były praktykowane jeszcze w latach 70.

Z czasem społeczność Białkowa zaczęła się zmieniać. W latach 50., wraz z powstawaniem Państwowych Gospodarstw Rolnych, sprowadzono do miejscowości również mieszkańców centralnej Polski. Przybysze często postrzegali Poleszuków jako Ukraińców. W tamtych czasach takie określenie bywało używane w pogardliwym znaczeniu.

Sami Poleszucy także zachowywali dystans wobec innych narodowości, mocno podkreślając własną odrębność.

– Ukraińców nazywano chachłami, a Rosjan kacapami. Było to spojrzenie nieco z góry, wynikające z silnego przywiązania do własnej tożsamości. Granice między poszczególnymi społecznościami były wyraźne. Podobnie traktowaliśmy PGR-y. Uważaliśmy je za komunistyczny wymysł i patrzyliśmy na nie z dużym dystansem – przyznaje rozmówca.

Przywiązanie starszego pokolenia do przeszłości i polskości było niezwykle silne.

– Kiedy zaczęto wydawać im dowody osobiste, w których jako miejsce urodzenia wpisywano „Petelewo, ZSRR”, nie chcieli ich odbierać. Uważali, że to nieprawda, ponieważ urodzili się w Polsce, a nie w Związku Radzieckim. Nigdy wcześniej nie mieli z tym państwem nic wspólnego i nie akceptowali takiego zapisu – wspomina dr Weryszko.

Dla jego rodziców i dziadków jednym z najważniejszych wyznaczników polskości była wiara katolicka. Religia stanowiła istotny element tożsamości i przynależności do państwa, które pamiętali jako wielokulturowe i wielonarodowościowe.

Od rodzinnych wspomnień do działalności stowarzyszenia

Działalność Towarzystwa Miłośników Polesia i Białkowa rozwijała się stopniowo. Ważną rolę w pielęgnowaniu tradycji odegrała miejscowa parafia.

Jednym z jej proboszczów był ksiądz Dmitruk, mający wschodnie korzenie. Przybył z parafii w Mycielinie, gdzie również mieszkali przesiedleńcy z okolic Berezy Kartuskiej.

W Mycielinie działał zespół pielęgnujący poleskie tradycje, przede wszystkim śpiewy. Jego członkowie gościli także w Białkowie. Z czasem jednak tamte zwyczaje zaczęły zanikać, podczas gdy w Białkowie nadal pozostawały żywe.

– Kiedy ksiądz Dmitruk przybył do naszej miejscowości, był zachwycony, że w zachodniej części Polski wciąż istnieje społeczność tak mocno przywiązana do swoich tradycji. Zaproponował wówczas zorganizowanie pierwszego ogólnopolskiego zjazdu Poleszuków – wspomina dr Weryszko.

W 2006 roku w Białkowie odbył się duży zjazd Poleszuków, w którym uczestniczył również biskup. Później zorganizowano kolejne takie spotkanie.

Wydarzenia te stały się impulsem do dalszej działalności. W 2011 roku zarejestrowano Towarzystwo Miłośników Polesia i Białkowa, którego prezesem został dr Wojciech Weryszko.

75. rocznica przesiedleń

Z czasem mieszkańcy Białkowa rozpoczęli przygotowania do obchodów 75. rocznicy przesiedleń. Postanowili, że jubileusz nie ograniczy się do jednej uroczystości, lecz obejmie kilka miesięcy.

Obchody rozpoczęto 16 maja festynem i uroczystościami Bobolanum, związanymi ze świętem św. Andrzeja Boboli – patrona Polesia i parafii w Białkowie, zamordowanego w Janowie Poleskim. W programie znalazły się również inne wydarzenia, w tym lipcowe święto.

Jednym z najważniejszych przedsięwzięć było przygotowanie filmu „Polesie. Raj utracony”.

– Zrealizowaliśmy go wspólnie z Grzegorzem Sawką, mężem Justyny Sawko. Jest on wnukiem mojej kuzynki, a więc przedstawicielem trzeciego pokolenia. Film nagraliśmy w naszym języku poleskim. Celowo używam określenia „język poleski”, ponieważ w mojej ocenie, na podstawie posiadanej wiedzy, jest to język macierzysty języków słowiańskich – wyjaśnia dr Weryszko.

W nagraniach uczestniczyli członkowie rodzin przesiedleńców, między innymi matka, ciotki i stryjowie rozmówcy. W języku poleskim opowiadali o przedwojennym życiu, przesiedleniach i podróży na ziemie zachodnie.

– Tak powstał około 35-minutowy film „Polesie. Raj utracony”. Zaprezentowaliśmy go w listopadzie, podczas uroczystości związanych z rocznicą przybycia naszych przodków do Cybinki. Dotarli tam 2 listopada 1945 roku, dokładnie w Dzień Zaduszny. Dlatego właśnie w pierwszym tygodniu listopada organizujemy nasze rocznicowe uroczystości – mówi prezes stowarzyszenia.

Z okazji jubileuszu przygotowano również konferencję popularnonaukową poświęconą migracjom i przesiedleniom ludności, szczególnie wielkiej fali migracyjnej z lat 1945–1948.

Wśród zaproszonych prelegentów znalazł się nieżyjący już dziś ksiądz profesor Jan Radkiewicz, potomek Poleszuków, zajmujący się teologią dogmatyczną. Był mocno związany z Białkowem i do końca życia utrzymywał kontakt z miejscową społecznością.

Poproszono go o przygotowanie referatu dotyczącego emigracji narodu wybranego. Chodziło o spojrzenie na doświadczenia przesiedleńców w szerszym kontekście, również z perspektywy teologicznej.

– Ja natomiast wygłosiłem referat poświęcony migracjom mieszkańców regionu Berezy Kartuskiej. Przedstawiłem zarówno emigrację z początku XX wieku, kierującą się przede wszystkim do Ameryki, jak i wielką falę powojennych przesiedleń. W historii naszego regionu można wyróżnić zasadniczo sześć kierunków lub fal migracyjnych o różnym nasileniu. Największe przypadło prawdopodobnie na początek XX wieku, a następnie na okres po 1945 roku – wyjaśnia dr Weryszko.

W ramach jubileuszu podjęto również inicjatywę muzyczną. Lokalnemu kompozytorowi pochodzenia romskiego powierzono przygotowanie pełnowymiarowej, sześcioaktowej mszy ku czci św. Andrzeja Boboli.

– Podczas przygotowań poznawaliśmy życiorys świętego, jego cierpienie, męczeństwo oraz poświęconą mu twórczość muzyczną. Okazało się, że według naszej wiedzy nikt wcześniej w Polsce nie skomponował pełnowymiarowej mszy ku czci św. Andrzeja Boboli, jednego z patronów Polski. W ten sposób pierwsza taka msza powstała właśnie w Białkowie – podkreśla rozmówca.

Premierowe wykonanie utworu odbyło się z rocznym opóźnieniem spowodowanym pandemią koronawirusa. Mszę zaprezentowano w kościele pw. Matki Boskiej Królowej Polski w Słubicach, z udziałem muzyków Filharmonii Bydgoskiej oraz połączonych chórów polsko-niemieckich. Przedsięwzięcie spotkało się z dużym zainteresowaniem.

Dr Wojciech Weryszko jest prezesem Towarzystwa Miłośników Polesia i Białkowa przyjechał wraz z pozostałym członkami na warsztaty kulinarne do Perkowic. Na zdj. z Małgorzatą Bułtowiczówną, z Bialskiego Stowarzyszenia Genealogicznego, inicjatorką spotkania;
fot. Anna Chodyka

80 lat od przesiedleń. Historia w filmie i muzyce

Kolejny film powstał z okazji 80. rocznicy przesiedleń. Podobnie jak wcześniej, obchody trwały od maja do listopada.

Tym razem twórcy skupili się na powojennych losach rodzin, zestawiając historie tych, którzy osiedlili się na ziemiach zachodnich, z doświadczeniami krewnych pozostałych na dawnych terenach.

– Chcieliśmy pokazać podobieństwa między tymi społecznościami. Mimo upływu lat i życia w różnych miejscach ich mentalność pozostała bardzo zbliżona. Pokazaliśmy także, co dziś zostało z naszych dawnych miejscowości. Z Petelewa pozostało właściwie tylko pole uprawne i pewne ślady po rzece Winiec. Film zaprezentowaliśmy podczas obchodów jubileuszowych. Później, ku naszemu zaskoczeniu, powstał trzeci film. W ten sposób stworzył się swoisty tryptyk poświęcony historii Poleszuków – opowiada dr Weryszko.

Inicjatywa realizacji trzeciego dokumentu wyszła od Telewizji Biełsat, która skierowała do Białkowa reżyserkę. Przez kilka miesięcy przebywała ona wśród mieszkańców, poznając ich codzienne życie i tradycje.

Film poświęcono osobom urodzonym już po wojnie. Pokazuje, w jaki sposób kolejne pokolenia pielęgnują język, kulturę i zwyczaje odziedziczone po przodkach.

Z okazji 80-lecia przesiedleń przygotowano także wydarzenie muzyczne. Tym razem organizatorzy zwrócili się do Adama Bałdycha, znanego skrzypka jazzowego, będącego potomkiem Poleszuków i wnukiem kuzyna dr. Weryszki.

– Poprosiliśmy go o przygotowanie jazzowej interpretacji tradycyjnych pieśni Polesia. Powstał utwór oparty na naszym muzycznym dziedzictwie. Jego wykonanie odbyło się 8 listopada ubiegłego roku w Filharmonii Zielonogórskiej, a tydzień później również w Filharmonii Gorzowskiej. Koncerty zakończyły nasze całoroczne obchody 80. rocznicy przesiedleń – wspomina prezes stowarzyszenia.

Towarzystwo Miłośników Polesia i Białkowa dysponuje bogatym zbiorem dawnych zdjęć. Na fotografii Anna i Jan Niparko z Białkowa wraz z rodziną;
fot. archiwum dr Wojciecha Weryszko

Ocalić język, pieśni i perebory

Działalność Towarzystwa Miłośników Polesia i Białkowa koncentruje się dziś na dokumentowaniu i zachowywaniu dziedzictwa Poleszuków. Członkowie organizacji chcą ocalić nie tylko perebory, ale również język, historię, muzykę, tradycje kulinarne i sztukę tkacką.

Jednym z pierwszych przedsięwzięć było spisanie języka poleskiego. Ukazały się już trzy wydania słownika, który zawiera także gramatykę, rozmówki i opowiadania. Dzięki temu kolejne pokolenia mogą poznawać mowę swoich przodków.

Historię rodzinnych stron z pierwszej połowy XX wieku utrwalono w książce „Petelewo. Raj utracony”. To opowieść o miejscu, które zostało bezpowrotnie utracone. Publikację przetłumaczono również na język rosyjski i udostępniono na Polesiu. Informacja o książce ukazała się także w lokalnej prasie w Berezie Kartuskiej.

Kolejną publikacją była „Saga poleska”, poświęcona Białkowowi i historii zamieszkujących go rodzin. Jej autorom zależało przede wszystkim na utrwaleniu rodzinnych powiązań, które z biegiem lat coraz trudniej odtworzyć.

Członkowie stowarzyszenia potrafią dziś prześledzić koligacje rodzinne sięgające mniej więcej połowy XIX wieku.

– Po moim pokoleniu przyszły już kolejne trzy czy cztery generacje. Czasami, kiedy rozmawiam z młodymi ludźmi, okazuje się, że nie znam imienia ich ojca, ale doskonale pamiętam, kim był ich pradziadek. Dlatego tak ważne jest spisywanie tych informacji, zanim całkowicie odejdą w zapomnienie – podkreśla dr Weryszko.

W Białkowie działają również zespoły muzyczne Kryniczeńka i dziecięca Mała Kryniczeńka. Ich członkowie nie tylko śpiewają, ale także grają na instrumentach, nawiązując do dawnych tradycji muzycznych Polesia.

– Staramy się przypominać tradycyjne instrumenty. Nie chodzi wyłącznie o harmonię guzikową czy akordeony dwu-, trzy- i pięciorzędowe, ale również o lirę korbową i ligawę. Ligawy to długie instrumenty, których dawniej używali między innymi pasterze wypasający bydło w lasach. Służyły do odstraszania zwierząt, ale także do wzajemnego nawoływania się. Wykorzystywano je również w okresie poprzedzającym święta. Ligawy świętofilipowe oznajmiały zbliżający się Adwent – wyjaśnia rozmówca.

Stowarzyszenie rozwija również zainteresowanie tradycyjną kuchnią i tkactwem, starając się przywracać kolejne elementy dawnej kultury.

Mieszkańcy Białkowa, mimo, że są przesiedleńcami pielęgnują historię swoich przodków, którzy niegdyś mieszkali na Polesiu;
fot. archiwum dr Wojciecha Weryszko

Warsztaty, które połączyły dwa regiony

Współpraca Poleszuków z mieszkańcami południowego Podlasia rozpoczęła się od spotkań poświęconych tradycyjnemu tkactwu.

– Nasza obecność na obecnych warsztatach jest właśnie efektem tej współpracy. Podczas jednego z wcześniejszych spotkań uczestniczyliśmy w warsztatach tkackich. Ostatniego dnia pojechaliśmy na poczęstunek do pracowni w Perkowicach. W rozmowie dowiedzieliśmy się, że planowane są kolejne zajęcia, tym razem kulinarne, i zostaliśmy na nie zaproszeni – opowiada dr Weryszko.

Przedsięwzięcie realizuje Gminny Ośrodek Kultury w gminie Biała Podlaska. W jego organizację zaangażowana jest Urszula Nowicka, a koordynacją zajmuje się również Agnieszka Borodijuk, dyrektor placówki.

– Pani dyrektor uczestniczyła także w warsztatach, które organizowaliśmy u siebie. Przyjechała razem z paniami z Hruda i przez kilka dni była naszym gościem. Niestety obowiązki służbowe sprawiły, że musiała wyjechać wcześniej. Nasza współpraca trwa już od pewnego czasu. Można powiedzieć, że przerodziła się w przyjaźń, a relacje między nami stają się coraz bliższe, niemal rodzinne – mówi dr Weryszko.

Na krosnach przywiezionych przez babcie

Wśród uczestniczek warsztatów znalazła się Jadwiga Radkiewicz z Białkowa.

– Przyjechałam do Białkowa z innej miejscowości. Mój mąż pochodzi stąd, a jego rodzice i cała rodzina to Poleszucy przesiedleni z Polesia. Kiedy się tutaj wprowadziłam, wszyscy w rodzinie męża posługiwali się gwarą poleską. Początkowo zupełnie nie rozumiałam, o czym rozmawiają – wspomina.

Z czasem zaczęła poznawać nie tylko język, ale również dawne zwyczaje i umiejętności przekazywane w rodzinie.

– Często odwiedzaliśmy z mężem i dziećmi jego bliskich. Okazało się, że babcia męża tkała kiedyś na krosnach. Zachowały się nawet kapy, które własnoręcznie wykonała. Dawniej uprawiano również len, z którego samodzielnie przygotowywano nici. Kiedy pojawiła się możliwość udziału w warsztatach tkackich w Hrudzie, postanowiłam pojechać. Tam zaczęłam uczyć się tkania, a teraz wspólnie z koleżankami chcemy rozwijać tę działalność także w Białkowie – opowiada.

Pierwsze warsztaty już się odbyły. Uczestniczki korzystają zarówno z zabytkowych krosien przywiezionych przez ich babcie ze wschodu, jak i z mniejszych, nowoczesnych urządzeń, na których mogą pracować również dzieci.

– Brałyśmy udział w wydarzeniu poświęconym ginącym zawodom, zorganizowanym w ramach projektu w muzeum w Bogdańcu. Zabrałyśmy ze sobą duże krosna oraz małe krosienka dla dzieci. Prowadziłyśmy pokazy i warsztaty tkackie. Zainteresowanie było ogromne. Przy naszym stanowisku gromadziło się najwięcej dzieci. W pewnym momencie prowadziłyśmy zajęcia na dziewięciu stanowiskach, a mimo to nadal brakowało miejsca dla wszystkich chętnych – relacjonuje Jadwiga Radkiewicz.

Duże zainteresowanie wzbudzały również stare krosna.

– Niektóre starsze osoby pamiętały jeszcze, jak się na nich pracowało, a część sama kiedyś tkała. Początkowo myśleli, że nasze duże krosna są jedynie atrapą przygotowaną na pokaz. Byli zaskoczeni, kiedy okazało się, że naprawdę na nich pracujemy i tkamy dywany – dodaje.

Warsztaty tkackie zorganizowano również w Białkowie podczas obchodów 80. rocznicy przesiedleń.

– Ku naszemu zaskoczeniu chłopcy ze starszych klas szkoły podstawowej byli tak zainteresowani tkaniem, że nie chcieli wracać do szkoły. Zauważyliśmy też, że ta czynność może mieć działanie wyciszające i terapeutyczne – mówi uczestniczka.

Współpraca z pracownią w Hrudzie przerodziła się w trwałe partnerstwo.

– Wszystko zaczęło się w ubiegłym roku, kiedy dr Weryszko nawiązał kontakt z paniami z Hruda i zaprosił je do Białkowa, aby przeprowadziły warsztaty tkackie. Odbyły się we wrześniu. Od tamtej pory utrzymujemy kontakt i rozwijamy współpracę. Kiedy pojawiła się możliwość ponownego spotkania, wystarczył telefon z pytaniem, czy można przyjechać. Mimo że do pokonania było prawie 700 kilometrów, nie stanowiło to przeszkody. Spotkanie zrobiło na nas ogromne wrażenie – podkreśla Jadwiga Radkiewicz.

Odkrywają rodzinne korzenie

Na warsztaty przyjechała również Justyna Sawko z domu Woźniak. Dla niej spotkania poświęcone tradycjom Polesia są także okazją do odkrywania historii własnej rodziny.

– Mój mąż wywodzi się z Białkowa, a jego rodzina pochodzi z Petelewa. Jego dziadek miał szlacheckie korzenie. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że moja rodzina również pochodzi z tamtych terenów, a konkretnie z Bielicy. To miejscowość oddalona o około 60 kilometrów od rodzinnych stron przodków mojego męża – opowiada.

Dopiero zaczyna poznawać losy swoich bliskich.

– Żyje jeszcze moja ciocia, z którą umówiłam się na spotkanie po powrocie do domu. Chciałabym porozmawiać z nią o rodzinnych wspomnieniach, zdobyć zdjęcia i dowiedzieć się jak najwięcej o doświadczeniach naszych przodków. Żałuję, że nie ma tutaj mojego męża, ponieważ tym razem nie mógł z nami przyjechać. On bardzo dużo wie o historii swojej rodziny i jej korzeniach. Współpracuje z dr. Weryszką i wspólnie starają się przywracać pamięć o przodkach, tradycjach i kulturze – mówi Justyna Sawko.

Justyna Sawko wzięła podobnie jak inni członkowie stowarzyszenia z Białkowa udział w warsztatach tkackich i kulinarnych;
fot. archiwum dr Wojciecha Weryszko

Rodzinne opowieści, które nie mogą zaginąć

– Mój nieżyjący już tata powiedział mi kiedyś, że jego rodzina również pochodziła z powiatu stołpeckiego. Od tamtej pory zaczęłam interesować się tą historią i próbuję ustalić, jak wyglądało życie naszych przodków. Wiem, że przed przyjazdem na zachód rodzina doświadczyła bardzo trudnych wydarzeń. Moja prababcia została postrzelona w rękę, kiedy próbowała uratować swojego syna, czyli brata mojej babci. Odwróciła się tak, że przyjęła strzał na siebie. To jedna z nielicznych historii, które zapamiętałam z rodzinnych opowieści – wspomina Justyna Sawko.

Po przesiedleniu jej bliscy niechętnie wracali do bolesnych wydarzeń.

– Niewiele opowiadali o tym, co przeżyli wcześniej. Skupiali się raczej na budowaniu nowego życia i historii rodziny już tutaj – dodaje.

Jak wyjaśnia, przed wojną jej rodzina była zamożna i posiadała znaczny majątek ziemski.

– Dawne zwyczaje, obrzędy i język Poleszuków nie zachowały się w mojej rodzinie. Przetrwały natomiast w rodzinie męża. Część moich krewnych wyjechała w okolice Konina, na tereny poznańskie. U nas zachowały się raczej zwyczaje związane z tamtym regionem, a nie tradycje poleskie – przyznaje.

W warsztatach uczestniczyła również Ewa Andrzejewska z Białkowa. Jej rodzinne wspomnienia prowadzą na Wołyń.

– W moim przypadku historia rodzinna nie jest tak jasna i czytelna jak u dr. Weryszki. Moja babcia, Julia Chałupka z domu Banach, pochodziła z Małej Głuszy na Wołyniu, w powiecie kamień-koszyrskim. Jej ojciec i jego brat mieli wspólny majątek. Kiedy brat zmarł, ojciec mojej babci, chcąc uniknąć podziału majątku, ożenił się z wdową po bracie, która miała już dwie córki. Moja babcia była trzecim dzieckiem, a później urodziło się jeszcze dwoje dzieci. Niestety pradziadek nie przeżył najazdu Ukraińców. Jak wspominała babcia, wyszedł w pole i pękło mu serce, kiedy zobaczył, że jego pola płoną – opowiada Ewa Andrzejewska.

Jej babcia bardzo wcześnie straciła matkę.

– Biologiczna mama babci zmarła, kiedy ta miała zaledwie trzy lata. Wychowywała ją macocha, która nie traktowała jej dobrze. Babcia miała więc za sobą bardzo trudne, traumatyczne doświadczenia i nie chciała o nich opowiadać. My również jako dzieci nie interesowaliśmy się wtedy historią rodziny. Nasi rodzice nie rozmawiali o tych wydarzeniach, więc w domu właściwie się o nich nie mówiło – wspomina.

Dopiero po latach, dzięki opowieściom wujka i kuzynostwa, zaczęła poznawać dramatyczne okoliczności ucieczki bliskich z rodzinnych stron.

– Wiem, że przez trzy dni ukrywano ich pod ziemią, w specjalnym schronieniu pod szopą. Dopiero później udało im się dotrzeć do partyzantów i razem z nimi uciec. Z rodzinnych opowieści wiem również, że część naszych krewnych walczyła w tamtym okresie w partyzantce. Powstała nawet książka dotycząca tych wydarzeń, ale niestety nie pamiętam jej tytułu i do tej pory nie udało mi się jej odnaleźć – przyznaje.

Babcia Ewy Andrzejewskiej przybyła na nowe tereny razem z macochą, jej dwiema córkami oraz pozostałymi członkami rodziny.

– Niestety macocha nadal jej nie akceptowała. W pewnym momencie zabrała swoje dzieci i wyjechała na Pomorze. Babcia została tutaj z pradziadkiem. Następnie udała się do Grzymiącej, gdzie mieszkali Tarnogórscy, którzy również pochodzili z Małej Głuszy i byli naszymi krewnymi – opowiada.

W Grzymiącej babcia zamieszkała przy rodzinie Tarnogórskich. Przez całe życie utrzymywała bliskie relacje ze swoimi kuzynkami, ciocią Janką i ciocią Helą. Wszystkie trzy były ze sobą mocno związane.

Później przeniosła się do Białkowa, gdzie wyszła za mąż i zamieszkała na stałe.

– To właściwie historia mojej babci, którą udało mi się poznać. Niestety nie wiem o niej zbyt wiele, ponieważ bardzo niechętnie wracała wspomnieniami do tamtych wydarzeń – przyznaje Ewa Andrzejewska.

W rodzinie zachowała się również historia jednego z wujków, który postanowił odwiedzić dawne rodzinne strony na wschodzie.

– Kiedy wrócił, został aresztowany. Uznano go za szpiega, ponieważ dowiedziano się, że przebywał na wschodzie. W naszej rodzinie wspominaliśmy tę historię z pewnym uśmiechem, ponieważ wujek miał zostać moim ojcem chrzestnym. Niestety nie dotarł na chrzest właśnie z powodu aresztowania. Dlatego żartowaliśmy, że mam dwóch ojców chrzestnych: jednego wpisanego do dokumentów, a drugiego, który faktycznie trzymał mnie do chrztu – opowiada.

Drugi wujek również chciał odwiedzić miejsca związane z historią przodków, ale babcia stanowczo się temu sprzeciwiała.

– Wymogła na nim obietnicę, że nigdy tam nie pojedzie. Strasznie się bała, że jeśli wyjedzie na wschód, już stamtąd nie wróci. Ja również chciałabym kiedyś odwiedzić te tereny. Niestety obecna sytuacja polityczna uniemożliwia mi taką podróż. Nie ukrywam jednak, że bardzo chciałabym choć raz postawić stopę w miejscach, z których pochodziła moja rodzina, i zobaczyć je na własne oczy. Czy będzie mi to dane? Trudno powiedzieć – kończy Ewa Andrzejewska.

Ewa Andrzejewska, Jadwiga Radkiewicz i Justyna Sawko mieszkają w Białkowie, a na południowe Podlasie, przyjechały kolejny raz na warsztaty. Fot. Anna Chodyka

Czytaj też:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
ReklamaKolejowy Serwis Mobilny
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: Kibic Podlasia - maniaku, Treść komentarza: To jesteś ch... nie kibic Data dodania komentarza: 29.10.2026, 23:58 Źródło komentarza: Czy może być gorzej? Autor komentarza: Bartosz Michalski Treść komentarza: Zachęcam do zapoznania się ze szczegółami przedstawionej tu sprawy. W moim wpisie opisałem kolejne wydarzenia, od pierwszego odwołania z komisji po ostatnie wyroki: https://www.facebook.com/michalski.bartosz/posts/pfbid099RqNycbAnrB7ipE4rgdqcxbpXYo8TYASboWdXVVc7odKzwQ94CVhNych53MWhMxl Poniżej zamieszczam również linki do wszystkich czterech wyroków w urzędowej bazie orzeczeń. 11 grudnia 2025 r., pierwsze odwołanie z komisji: Komisja Oświaty, III SA/Lu 466/25: https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/962816A1B3 Komisja Budżetu, III SA/Lu 465/25: https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/86C4ED9437 22 października 2026 r., ponowne odwołanie z komisji: Komisja Oświaty, III SA/Lu 254/26: https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/719D49097E Komisja Budżetu, III SA/Lu 255/26: https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/AF46CC3B47 To dwa kolejne odwołania i cztery wyroki stwierdzające nieważność uchwał. Zapraszam do przeczytania dokumentów i wyrobienia sobie własnego zdania. Data dodania komentarza: 29.10.2026, 20:14 Źródło komentarza: POWIAT RADZYŃSKI: Po wyroku WSA radny zapowiada powrót Autor komentarza: Bartosz Michalski Treść komentarza: Bardzo dziękuję za zainteresowanie moją sprawą. Muszę jednak doprecyzować dwie ważne rzeczy. 22 października Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie wydał dwa wyroki, stwierdzając nieważność obu lutowych uchwał w całości. Rozstrzygnięcia obejmują również powołanie nowych członków komisji i przewodniczącego Komisji Oświaty. Zgodnie z art. 152 § 1 Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi od dnia wyroków uchwały te nie wywołują skutków prawnych. Oznacza to nic innego, jak mój natychmiastowy powrót do funkcji przewodniczącego Komisji Oświaty i członka Komisji Budżetu, bez potrzeby podejmowania nowej uchwały przywracającej mnie do tych funkcji. Druga sprawa to powtarzane przez burmistrza Arkadiusza Filipka twierdzenia, że prowadzę lokalne, rzekomo krytykujące go strony. Publicznie odcinałem się od przypisywania mi tej roli, również na łamach lokalnych mediów. Nie mogę zgodzić się na dalsze przedstawianie tych zarzutów jako ustalonych faktów z pominięciem moich wyjaśnień. Powtarzanie przez burmistrza oskarżeń nie zastępuje dowodów, których nigdy poza czystymi pomówieniami, insynuacjami i rozsiewanymi plotkami nie było. Wracając do sprawy, sąd w ustnych motywach wyroków wskazał konkretnie to, że Rada nie przestrzegała podstawowych procedur zapisanych we własnym Statucie, co właśnie zarzucałem w swoich pismach. Data dodania komentarza: 29.10.2026, 20:10 Źródło komentarza: POWIAT RADZYŃSKI: Po wyroku WSA radny zapowiada powrót Autor komentarza: Wujek Dariusz Treść komentarza: Na moje oko, to kierowca DAF zaczął skręcać w prawo bo nie spodziewał się, że Captur zatrzyma się na skrzyżowaniu. Gdyby się nie zatrzymał, to do kontaktu między pojazdami nie doszłoby. Data dodania komentarza: 29.10.2026, 12:34 Źródło komentarza: Wyjeżdzała z ul. Warszawskiej na DK92. Trafiła do szpitala [FILMIK] Autor komentarza: popis Treść komentarza: Badanie alkomatem wykazało, że mężczyzna był trzeźwy. OK, a ta lalunia? Też ją przebadali skoro to ona do tego doprowadziła? Data dodania komentarza: 28.10.2026, 19:37 Źródło komentarza: Wyjeżdzała z ul. Warszawskiej na DK92. Trafiła do szpitala [FILMIK]
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama