Oficjalny start akcji bezpośredniej 16 marca oznacza, że cały system wykrywania i zwalczania ognia wszedł w tryb pełnej gotowości. Dyżury na wieżach obserwacyjnych, patrole naziemne i gotowość lotnicza będą utrzymywane codziennie aż do 30 września. Leśnicy zaznaczają jednak, że jeśli jesień okaże się sucha i ciepła, termin ten zostanie natychmiast wydłużony.
W lasach jest sucho
Stawka jest wysoka, bo statystyki z ubiegłego roku pokazują, że walka z żywiołem to nie teoria, a twarda rzeczywistość.

- W tym roku, w lesie koło Kodnia wybuchły już dwa pożary, jeden w lesie państwowym, a drugi w prywatnym. Od lat mamy suszę. Szczególnie niebezpieczna jest susza hydrogeologiczna. A więc jest bardzo sucho, deszcz nic nie dał. Ziemia nie jest wilgotna i nie oddaje wilgoci na zewnątrz. W tym roku dwa, trzy tygodnie po śniegu nie było już śladu po wodzie z tego śniegu, bo przyszły wiatry wschodnie, które są bardzo suche. Dlatego kilka tygodni po śniegu jmieliśmy już pożary – wyjaśnia zastępca dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie ds. gospodarki leśnej, Mariusz Kiczyński.
Wszystko przygotowane
W RDLP w Lublinie jest pełna gotowość. - Jesteśmy w stałym kontakcie ze strażakami. Mamy do dyspozycji 33 wieże obserwacyjne z monitoringiem, który umożliwia szybkie wykrycie pożaru, 23 punkty alarmowo-dyspozycyjne, 15 samochodów patrolowo-gaśniczych oraz 416 punktów zaopatrzenia wodnego. Nad bezpieczenstwem pożarowym czuwa 1400 pracowników Slużby Leśnej w Regionalnej Dyrekcji Lasow Panstwowych w Lublinie, przeszkolonych w zakresie postępowania podczas pożaru i jak zarządzać takimi akcjami – wylicza leśnik.
Wypalanie traw
Choć mogłoby się wydawać, że las jest najbardziej palny podczas letnich upałów, to właśnie marzec i kwiecień są okresem najwyższego ryzyka. Powód jest prosty: martwa roślinność po zimie działa jak podpałka. W połączeniu z wciąż żywym w regionie mitem o pożyteczności wypalania traw, tworzy to mieszanka wybuchowa. - W 2025 r. odnotowaliśmy w lasach podległych naszej dyrekcji 68 pożarów. W sumie spaliło się 28 ha lasów. Przeciętna wielkość pożaru to 42 ary. To bardzo dużo, a jednym z czynników, który się do tego przyczynił, jest fakt, że na ścianie wschodniej mamy dużo lasów iglastych, które są łatwopalne. Niestety, w tym roku rozpoczął się też sezon na wypalanie traw na łąkach i nieużytkach. A ogień szybko potrafi rozprzestrzenić się na tereny leśne i okoliczne gospodarstwa domowe – mówi Mariusz Kiczyński.
Śmigłowiec zamiast samolotu
Z budżetu wynoszącego 6,6 mln zł finansowana jest potężna machina logistyczna: od pasów przeciwpożarowych po nowoczesny monitoring na 33 wieżach. Jednak „gwiazdą” tegorocznej floty znów jest czarterowany śmigłowiec. Jego przewaga nad tradycyjnymi samolotami gaśniczymi w warunkach Lubelszczyzny jest kluczowa dla skuteczności akcji.
- Wcześniej korzystaliśmy z samolotu gaśniczego, jednak doświadczenie pokazało, że śmigłowiec oferuje nam znacznie większą elastyczność. Jego głównym atutem jest możliwość czerpania wody z niemal każdego pobliskiego punktu - czy to małego stawu, rzeki, czy nawet oczka wodnego. Dzięki podwieszanemu zbiornikowi typu Bambi maszyna jest w stanie wykonać nawet kilkanaście zrzutów w ciągu godziny, uderzając w ogień z ogromną precyzją. To kluczowe w tej pierwszej, najważniejszej fazie pożaru, gdy musimy go zdusić w zarodku. Samolot, choć jednorazowo zabiera większy ładunek, jest ograniczony koniecznością powrotu na lądowisko. Często oznacza to, że w czasie, gdy śmigłowiec bombarduje ogień wodą raz za razem, samolot zdąży wykonać tylko jeden przelot ze względu na odległość od bazy – wyjaśnia Mariusz Kiczyński.
Nie ryzykuj życia!
Leśnik przypomina, że las to nie tylko miejsce rekreacji, ale „otwarty zakład pracy”, w którym bezpieczeństwo zależy od nas wszystkich. - Nie wjeżdżajmy do lasu pojazdami silnikowymi, żeby nie zaprószyć ognia od gorącej maszyny. Pamiętajmy też, że w lesie i w odleglosci 100 metrow od lasu nie wolno używac ognia otwartego od wiosny do później jesieni – przypomina Mariusz Kiczyński. Apeluje też, aby zobaczywszy pożar w lesie, nie gasić go „na własną rękę”. – Często jest tak, że ludzie chcą ugasić pożar na siłę, potem tracą przytomność i umierają z powodu zadymienia. Życie ludzkie jest najważniejsze. Lepiej zawiadomić służby, które zajmą się gaszeniem pożaru – mówi zastępca dyrektora RDLP w Lublinie.
Dzięki zainwestowanym milionom i mobilizacji służb, RDLP w Lublinie jest gotowa na czarny scenariusz, choć wszyscy liczą na to, że tegoroczne statystyki będą łagodniejsze niż te z ubiegłych lat.
CZYTAJ TEŻ:
















Napisz komentarz
Komentarze